Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY
Dyskusje o inedii, niejedzeniu, poszczeniu, dietach i inne.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Leki psychotropowe, antydepresanty

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna -> Leczenie, Oczyszczanie Ciała i Umysłu, Zdrowie, Medycyna.
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Pielgrzym



Dołączył: 11 Wrz 2009
Posty: 71

PostWysłany: 2013 05 17 13:02    Temat postu: Leki psychotropowe, antydepresanty Odpowiedz z cytatem

Witam wszystkich zainteresowanych, otwieram temat w celu wymiany doświadczeń i obserwacji dotyczących grupy tzw. "leków" psychotropowych. Sam nie mialem okazji eksperymentować na własnym ciele, natomiast mam spory materiał badawczy w moim otoczeniu. Moj niegdyś dobry przyjaciel po "kuracji" lekami antydepresyjnymi zmienił się w osobę niezrównoważoną emocjonalnie, zupełnie nie podobną do człowieka którego pamiętam sprzed laty, kontakt się zerwał krótko po moim powrocie do kraju i kilku spotkaniach z tym człowiekiem. Bardziej interesuje mnie natomiast kwestia mojej matki, która od ponad 20 lat zażywa leki antydepresyjne. Zastanawiam się, w jakim stopniu substancje te moga zmanipulować system energetyczny człowieka?
Sama idea odstawienia tej substancji wywołuje w mojej matce bardzo silny lęk przed reakcja odwykową, kilkukrotne próby odstawienia powodowały niemożność zaśniecia, ciężkie stany depresyjne, jeszcze wieksze huśtawki emocjonalne niż na codzień.

W sporym skrócie - moja matka, niegdyś piękna, radosna, energetyczna kobieta w wieku ok. 20-kilku lat w pełni swoich sił zaczęła doświadczać postrzegania tzw. "rzeczy ktorych nie ma" zdezorientowana zwróciłą się z tym do rodziców a Ci wysłali ją do szpitala psychiatrycznego.. tam właśnie dostała nalepkę "chora psychicznie" oraz stosowne "terapie i lekarstwa" - dalszy ciąg historii można sobie wyobrazić, szczegóły nie są ąż tak istotne. Istotny dla mnie natomaist jest efekt końcowy - zamknięta w sobie, smutna i zagniewana osoba skupiająca wiekszośc swojej uwagi na negatywnym aspekcie egzystencji i w taki sposob doświadczająca życia, osoba dla której na wszystko już "za pozno" a gdzieś wewnątrz pod warstwami negatywnych emocji osoba pełna miłości, twórcza i piękna, od czasu do czasu wyglądająca ze swego źródła aby pokazać swoją prawdziwą twarz.

Opisuję tą historie zastanawiając się jaka jest tutaj moja rola? Czy mogę jakoś wpłynąć na jej sytuację? Rozumiem, że każdy doświadcza tego na co ma ochote, że wszystko jest na właściwym miejscu i tak jest doskonale. Smile Nie chce zmieniać nikogo na siłe, chce pomagać tam gdzie mogę, tylko pytanie, czy mogę? Czy nie jest już "za późno"?

Proszę podzielcie się swoimi doświadczeniami i wiedzą w tej dziedzinie, może znacie podobne przypadki i historie takich ludzi!

Pozdrawiam, Michał
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
krzysztof



Dołączył: 02 Lip 2007
Posty: 535
Skąd: zielona góra

PostWysłany: 2013 05 23 10:10    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

cześć Surprised

Nie chcąc zagłębiać się zbytnio w temat wystarczy nadmienić ,że to co nazywało się kiedyś melancholią dzisiaj diagnozuje się jako depresja i najlepiej ( nie wszyscy ) przepisać szybko odpowiedni antydepresant - i po sprawie.To przyniosła epoka farmakologii i dominacja tego przemysłu nad szeregiem dziedzin życia - po prostu biznes (szerzej w filmie o antydepr - naprawdę warto - i to nie tylko pod kątem tzw.biznesu - film dotyka szereg aspektów : "...zażywa je 6 mln Francuzów ,społeczeństwo uwierzyło w pigułkę szczęścia dzięki , której wszytko na pewno będzie dobrze..." ) .

Materiał o antydep. i to z miejsca gdzie ich użycie jest czymś normalnym i oczywistym ( nie dla wszystkich ) a wypowiada się osoba na kierowniczym stanowisku w jednej z oficjalnych instytucji ( warto zerknąć jak można manipulować oficjalnymi badaniami i jak takie wykonywać aby odpowiednio dopasować ) .
"ANTYDEPRESANTY: OBRAZ NIEJEDNOZNACZNY"
http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1712-antydepresanty-obraz-niejednoznaczny.html
Cytat:
W ostatnich latach nastąpił znaczący wzrost użycia antydepresantów. Zażywa je 10% Amerykanów powyżej 12 roku życia. Po lekach na cholesterol jest to najczęściej przypisywany lek. Wystawiono na nie 254 miliony recept o łącznej wartości 10 miliardów dolarów. Choć antydepresanty powinny służyć jedynie chorym na depresję, istnieje wśród lekarzy (nie-psychiatrów) trend, aby przepisywać je na każdą bardziej dokuczliwą dolegliwość (np. bóle menstruacyjne, brak energii itp.) oraz wszelkiego rodzaju zaburzenia psychiczne (np. zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, fobie itd.). W roku 2008 depresja dotknęła 6,4% Amerykanów, a wszelkiego rodzaju zaburzenia wystąpiły u 18%. Badania ujawniły, że 80% recept na antydepresanty wypisywanych jest przez nie-psychiatrów, którzy nie stawiają żadnej pogłębionej diagnozy psychiatrycznej.

W przypadku leczenia lekkiej depresji, antydepresanty wykazują podobną skuteczność jak placebo, natomiast w przypadku ciężkiej depresji są bardziej skuteczne. Antydepresanty dają dobre rezultaty zwłaszcza u osób, u których depresja występuje wraz ze schorzeniami układu krążenia. Ogólnie rzecz biorąc, odsetek remisji choroby po 14 tygodniach wynosił 31%, a po 6 miesiącach – 65%. Dowodem na skuteczność antydepresantów jest fakt, że nawrót choroby nastąpił u 41% pacjentów, którzy przyjmowali placebo, a u 18 % tych, którzy przyjmowali antydepresanty. Najefektywniejsze okazuje się być jednak łączenie leków antydepresyjnych oraz terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzone są badania nad ketaminą. Pierwsze eksperymenty wykazały, że podana dożylnie może spowodować odwrót choroby w ciągu zaledwie godzin
.

Thomas Insel –dyrektor NARODOWEGO INSTYTUTU ZDROWIA PSYCHICZNEGO USA

Nowe badanie, którego celem było sprawdzenie częstości zażywania przez Amerykanów antydepresantów w latach 2005-2008 pokazało, że 1 z 10 Amerykanów w wieku powyżej 12 lat przyznaje, że zażywa lekarstwa antydepresyjne. Nowe dane pochodzące z Center of Disease Control and Prevention oraz z National Health and Nutrition Examination Survey zbiegają się w czasie z ożywioną debatą w mediach, dotyczącą skuteczności antydepresantów w leczeniu depresji. Czy są jedynie drogimi, nadużywanymi pigułkami placebo?

Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Leczenie depresji polega na łączeniu wielu różnych środków, antydepresanty są jednym z nich. To, jak organizm danego człowieka na nie zareaguje, zależy od wielu czynników. Warto poświęcić parę chwil na przyjrzenie się czynnikom mającym znaczenie przy wykorzystaniu antydepresantów oraz ich skuteczności.

Kto bierze antydepresanty i dlaczego?

Dane zebrane przez CDC pokazują, że 11% Amerykanów powyżej 12 roku życia (3,7% młodzieży w wieku 12-17) przyznaje, że zażywa antydepresanty. Rok temu, antydepresanty były drugim najczęściej przepisywanym lekiem, zaraz po lekach na cholesterol. Wystawiono na nie 254 miliony recept, o łącznej wartości 10 miliardów dolarów.

Antydepresanty przypisuje się na zaburzenia nastroju oraz zaburzenia lękowe. Te zaburzenia są powszechne. W 2008 roku w Stanach Zjednoczonych depresja dotknęła 6,4% dorosłych oraz 4% dzieci w wieku od 8 do 15 lat. Zaburzenia lękowe (w tym zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, zespół stresu pourazowego, ogólne lęki oraz fobie) dotykają 18% społeczeństwa. Chociaż depresja i zaburzenia lękowe są zasadniczymi wskazaniami przepisywania antydepresantów, lekarze przepisują je poza wskazaniami, aby uśmierzyć chroniczny ból, objawy menstrualne, apatyczność i inne dolegliwości, nie zawsze mające coś wspólnego z depresją i lękami. Niemniej, nie wiadomo, ile z tych recept jest realizowanych.

Czy antydepresanty są nadużywane?

Depresja w dalszym ciągu jest główną przyczyną medycznej niepełnosprawności w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie; 10% przypadków medycznej niepełnosprawności przypisuje się depresji. Depresja wiąże się również ze zwiększoną śmiertelnością. Niektórzy badacze oceniają, że w ciężkim przypadku depresji ryzyko popełnienia samobójstwa wynosi 6%. Depresja po zawale serca oznacza trzykrotne zwiększenie śmiertelności z powodu chorób układu krążenia. Tak wysokie wskaźniki zachorowalności oraz śmiertelności pomimo tak powszechnego zażywania antydepresantów świadczą o tym, że albo leki są nieskuteczne, albo nie są one stosowane przez tych, przez których powinny być. W rzeczy samej niektóre dane sugerują, że występuje zarazem nadużycie oraz zbyt małe użycie antydepresantów. Bez wątpienia duży odsetek osób z zaburzeniami psychicznymi nie jest leczony w jakikolwiek sposób. W przypadku depresji, niedawne badania pokazują, że jedynie połowa chorych na depresję kliniczną jest leczona.

Kto przepisuje antydepresanty?

Wzrost użycia antydepresantów wynika przede wszystkim ze znaczącego przyrostu przepisywania ich przez nie-psychiatrów. Jedno z badań pokazało, że 80% recept na antydepresanty wystawianych jest przez lekarzy nie będących psychiatrami. Większość tych recept wypisywanych jest bez żadnej szczególnej diagnozy psychiatrycznej. Nie wiemy jednak, czy wynika to z niewłaściwego osądu, czy z niechęci do wykazywania diagnoz psychiatrycznych w spisach rachunkowych1, czy z innych przyczyn.

Jak wyglądają antydepresanty w porównaniu z placebo?

Ogólnie rzecz biorąc, miarą skuteczności leku jest to, jak wypada w porównaniu z placebo. Ponad dwa tuziny antydepresantów zostało dopuszczonych przez Food and Drug Administration (FDA) na podstawie badań potwierdzających skuteczność wyższą niż u placebo. Zdarza się jednak, że różnice są niewielkie. Czasami jedynie pozytywne wyniki przedkłada się przed FDA. Czasami efekt placebo jest potężny. Z nie do końca jasnych przyczyn, w testach leków psychiatrycznych w ostatnich dwóch dekadach efekt placebo wyraźnie się wzmógł.

Lekka depresja łagodnieje pod wpływem placebo, różnica pomiędzy antydepresantami a placebo jest bardzo mała, albo wręcz jej nie ma. W przypadkach ciężkiej depresji, antydepresanty wykazują większą skuteczność. Należy zauważyć, że wymienione badania kliniczne skupiały się głównie na ograniczeniu objawów depresji, a nie na innych potencjalnych rezultatach (takich jak np. zmiany w codziennym funkcjonowaniu, zdolnościach poznawczych, jakości życia itd.) Ze względu na to, że badania kliniczne przeprowadzane są w niewielkich, kontrolowanych środowiskach, niekoniecznie stanowią odbicie tego, w jaki sposób działa praktyka kliniczna. Nawet w warunkach badania, próby kliniczne na antydepresantach wykorzystują skale oceniające, które mogą być słabymi lub niedokładnymi wskaźnikami skuteczności.

Co badania mówią na temat długoterminowej skuteczności i efektywności antydepresantów u prawdziwych pacjentów? Jak optymalnie stosować antydepresanty?

Przed dziesięcioma laty, niemal wszystkie badania dotyczące antydepresantów koncentrowały się na skutkach po 6 lub 8 tygodniach zażywania, i odpowiadały jedynie na pytanie, czy nastąpiło ograniczenie objawów. W większości prób klinicznych leczenia depresji, miarą sukcesu jest po prostu „odpowiedź” na leczenie, to znaczy, czy objawy pacjenta zmniejszyły się o co najmniej połowę od momentu, w którym zaczęto próbę.

Niektóre metaanalizy (studium łączące wyniki z wielu różnych badań) pokazują, że antydepresanty są bez wątpienia skuteczne u pewnych osób. Przykładowo, metaanaliza ukazała, że antydepresanty są skuteczne u pacjentów z depresją, którzy mają problemy z sercem lub cierpią na inną przewlekłą medyczną dolegliwość.

Ale jak wygląda długoterminowa skuteczność oraz prawdziwe złagodzenie objawów? W sponsorowanym przez NIMH badaniu „Sequenced Treatment Alternatives to Relieve Depression”, miarą końcową było złagodzenie objawów depresyjnych lub ich całkowite ustąpienie. Zdecydowano się na takie wskaźniki, ponieważ ludzie osiągający ten stan lepiej funkcjonują społecznie oraz w pracy, a także mają większe szanse na to, że nie nastąpi nawrót choroby ... STAR*D podaje dane o odsetku remisji na poziomie 31% po 14 tygodniach i 65% po 6 miesiącach. To może wydawać się skromne (odpowiedź na placebo wynosi często powyżej 30% w próbach antydepresantów). Wszelako STAR*D nie było odpowiednim testem skuteczności lub efektywności, gdyż nie przeprowadzało porównania z placebo. Celem STAR*D było porównywanie tylko różnych antydepresantów, jednak z powodu braku zastosowania placebo, nikt nie wie u ilu ludzi nastąpiłaby remisja choroby bez aktywnego użycia leków.

Prawdopodobnie najlepszy dowód na ich skuteczność pochodzi od pacjentów, których pomyślnie wyleczono za pomocą antydepresantów, a którym później bez ich wiedzy zaczęto podawać placebo. W metaanalizie 31 badań odstawienia leków wśród 4 tysięcy pacjentów, Geddes i współpracownicy odkryli, że 41% pacjentów, których przestawiono na placebo ponownie zachorowało – w porównaniu z 18%, którzy nadal przyjmowali antydepresanty. Te badania dostarczyły przekonujące dowody, że antydepresanty są skuteczne dla niektórych ludzi.

Inne badanie – przeprowadzone głównie na nastolatkach z depresją – pokazało, że podczas gdy antydepresanty mogą być pomocne tylko dla niektórych, połączenie leków oraz terapii poznawczo-behawioralnej jest najefektywniejszym sposobem osiągania remisji. Niemniej, nawrót choroby jest problemem, zwłaszcza jeśli antydepresant został odstawiony. Współczynnik odstawienia leku jest stosunkowo wysoki.

Terapia polegająca na łączeniu tych elementów daje dobre rezultaty pośród starszych osób z depresją. W tej grupie połączenie leków i interpersonalnej psychoterapii było efektywniejsze niż którykolwiek z tych czynników osobno stosowany lub samo placebo. W porównaniu z placebo – jak pokazali Reynolds i współpracownicy – dalsze przyjmowanie antydepresantów skutecznie zapobiegało nawrotom choroby w ciągu 3 kolejnych lat.

Podsumowując, leki te wydają się mieć stosunkowo niską skuteczność u pacjentów z szerokim rozpoznaniem depresji. U niektórych pacjentów, przypuszczalnie w ciężkich przypadkach klinicznych, leki wydają się być nieodzownym środkiem ku remisji. Bez wątpienia musimy wiedzieć więcej o tym, u kogo będą skuteczne, a u kogo nie. Potrzebujemy lepszych, szybciej działających i efektywniejszych leków na depresję, aby pomóc większej liczbie osób.

Co wiemy o leczeniu depresji?

Wiemy, że depresja jest bardzo heterogeniczną chorobą. Depresję kliniczną1 można orzec, gdy występuje co najmniej 5 z 9 kryteriów wymienionych w Diagnostic and Statistical Manual (DSM). Objawy muszą przeciągać się w czasie (co najmniej 2 tygodnie) i powodować dysfunkcje oraz być przyczyną cierpienia (distress). Oznacza to, że dwoje ludzi, u których wystąpiło jedynie jedno z podanych 9 kryteriów mogłoby otrzymać tę samą diagnozę. Przypadki depresji mogą różnić się bardzo długością, wzorcem epizodów depresyjnych, obecnością innych fizycznych lub psychicznych zaburzeń, historią rodziny itp. Nie jest więc zaskakujące, że różni ludzie odmiennie reagują na leczenie. Na poziomie biologicznym, depresja objawiać się może w postaci różnych zaburzeń. Prawdziwe zrozumienie natury tych zróżnicowanych form depresji i zdolność przewidzenia, skuteczności jej leczenia różnymi metodami, zależy od lepszego zrozumienia biologii depresji, bezpośrednio albo pośrednio poprzez użycie „biomarkerów”.

NIMH opłaca badanie „Establishing Moderators/Mediators for a Biosignature of Antidepressant Response In Clinical Care” (EMBARC), które jest pierwszym krokiem na drodze odkrycia biomarkerów w celu zindywidualizowanego leczenia depresji. Celem EMBARC jest opracowanie standardowego zespołu biomarkerów oraz innych środków, które mogłyby być użyte do przewidywania, jakiego rodzaju interwencja da najlepsze rezultaty u danego pacjenta. Aby lepiej uporządkować heterogeniczność depresji i innych zaburzeń psychicznych, Research Domain Criteria (RDoC) od NIMH będzie organizował diagnozy zaburzeń psychicznych na podstawie osiągnięć neuronauk oraz genomiki, uzupełniając tradycyjne, DSM-owe podejście do diagnozy psychiatrycznej. Równocześnie prowadzi się badania nad szybko działającymi środkami antydepresyjnymi, które będą w stanie dramatycznie obniżyć czas odpowiedzi na leczenie. Odkryto, że środek o nazwie ketamina może wyleczyć z depresji w ciągu nie tygodni – lecz godzin. Chociaż użycie ketaminy – podawanej dożylnie – jest tylko eksperymentalne, dostarcza nam „dowodu koncepcji”, że możliwe jest opracowanie szybkodziałającego leku antydepresyjnego. Inicjatywa NIMH, Rapidly Acting Treatments for Treatment-resistant Depression (RAPID), będzie śledziło najnowsze osiągnięcia, aby stworzyć nowe, szybciej działające lekarstwa. Starając się lepiej i głębiej zrozumieć biologię depresji, jest ważne, aby pamiętać, że najlepsze możliwe leczenie depresji nie zaczyna się ani nie kończy na samym lekarstwie. Leczenie depresji jest sztuką wymagających wielu narzędzi. Nie będziemy ratować ludzkiego życia odrzucając którekolwiek z dostępnych nam narzędzi, nawet gdy nie ustajemy w wysiłkach, aby wynaleźć lepsze. Idealny plan leczenia depresji zawiera dogłębną ocenę, wszechstronny plan leczenia dostosowany do potrzeb danego pacjenta – czy będzie to samo lekarstwo, czy psychoterapia, czy i to, i to – oraz ostrożną i częstą obserwację.


"Chemiczny spokój "- film dokumentalny, Francja, 2005, 52 min. , kanał PLANETE - 6 części
http://www.planete.pl/dokument-chemiczny-spokoj_27437
Cytat:
O antydepresantach, które mogą powodować depresję.
Według Davida Healy'ego, irlandzkiego psychiatry i biegłego sądowego, 50% konsumentów jednych z najpopularniejszych antydepresantów na świecie - Prozacu i Zoloftu - ma poważne problemy psychiczne w momencie odstawienia tych leków, a 1% wykazuje skłonności samobójcze lub zachowuje się agresywnie. W grudniu 2004 roku British Medical Journal otrzymał z anonimowego źródła poufny dokument wewnętrzny laboratorium, które produkuje Prozac, w którym zostały przedstawione szkodliwe skutki uboczne
zażywania tego leku. Jednak w wielkich międzynarodowych koncernach farmaceutycznych jest więcej handlowców i specjalistów od marketingu niż naukowców, a zysk przeważa nad wszelkimi etycznymi aspektami w tej branży. W Belgii istnieje nawet równoległy podziemny rynek, na którym można zdobyć antydepresanty bez recepty i kontroli lekarskiej.

http://www.youtube.com/watch?v=oRyy4FrRh6Y
http://www.youtube.com/watch?v=3W5s4SM2mLw
http://www.youtube.com/watch?v=0Ew9bpfSJu0
http://www.youtube.com/watch?v=Pd68-8QS-4I
http://www.youtube.com/watch?v=I61hu8sLN2E
http://www.youtube.com/watch?v=b2X5lyNXq70
( cały film http://www.youtube.com/watch?v=1NUmUCQna04 )

Kilka ciekawostek ( jednak warto zerknąć na całosć ):
z 1 cz.
http://www.youtube.com/watch?v=oRyy4FrRh6Y&t=07m30s
http://www.youtube.com/watch?v=oRyy4FrRh6Y&t=02m43s
http://www.youtube.com/watch?v=oRyy4FrRh6Y&t=04m00s
z cz.2
rozmowa w siedzibie jedynego niezależnego francuskiego pisma medycznego PRESCRIRE ( wszytkie inne we Francji czerpią zyski z reklam "leków" i sponsorowanych art.) - uwagi na temat reklamy - jak sprytnie firmy farmaceutyczne omijają zakaz reklamy w gazetach , pismach wysokonakładowych
http://youtu.be/3W5s4SM2mLw?t=56s

PHILIP PINJAR - były dyrektor public relation w dużej firmie farmaceutycznej z 15 letnim stażem - wypowiedź odnośnie inwestycji w marketing a inwestycji w badania
http://www.youtube.com/watch?v=3W5s4SM2mLw&t=03m08s

z cz.5 i 6
Chyba najbardziej pikantny urywek - "pokrętne tłumaczenia" przedstawicielki jednej z firm far.-dlaczego ulotki dołączane do ZOLOFTU nie zawierają informacji o ewentualnych próbach samobójczych - katalog Vidal w wersji dla pacjentów także nie zawiera takiego ostrzeżenia - pomimo zapewnień przedstawicielki ,że jest ok.
Natomiast o możliwościach prób samobójczych lekarze są bardzo dobrze poinformowani( np.z katalogu Vidal w wersji dla lekarzy ).
http://youtu.be/I61hu8sLN2E?t=8m47s
http://youtu.be/b2X5lyNXq70?t=7s

Surprised
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
krzysztof



Dołączył: 02 Lip 2007
Posty: 535
Skąd: zielona góra

PostWysłany: 2013 12 01 20:07    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cześć Surprised

Kilka słów o antydepresantach i psychiatrii :
Koncerny farmaceutyczne i lekarze. Historia korupcji ,wybór- profesor Jerzy Mellibruda ,tłumaczenie -Maksymilian Sielicki
http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1808-koncerny-farmaceutyczne-i-lekarze-historia-korupcji.html
Cytat:
Senator Charles Grassley, republikanin zasiadający w senackiej Komisji Finansowej, niedawno przeprowadził śledztwo w sprawie powiązań między przemysłem farmaceutycznym a pracującymi naukowo lekarzami, od których w dużej mierze zależy rynkowa wartość leków na receptę. Nie musiał szukać zbyt głęboko.

Weźmy przypadek dr Josepha L. Biedermana, profesora psychiatrii na Harvard Medical School oraz kierownika wydziału psychofarmakologii na Massachusetts General Hospital w Harvardzie. Głównie dzięki niemu dzieci mające 2 lata i młodsze, są obecnie diagnozowane z zaburzeniem afektywno-dwubiegunowym i leczone koktajlem bardzo mocny leków, z których wiele nie zostało zaaprobowanych przez Food and Drug Administration (FDA) do tego celu, i z których żaden nie został zaaprobowany dla dzieci poniżej 10 roku życia.

Przepisy mówią, że lekarze mogą zalecać leki, które zostały już dopuszczone dla jakiegoś celu, na dowolny inny wybrany przez siebie cel, aczkolwiek takie zalecenie powinno opierać się na opublikowanym w pracy naukowej dowodzie. W podanym przypadku tak nie jest. Własne badania Biedermana nad lekami, które zaleca dla leczenia dziecięcego zaburzenia afektywno-dwubiegunowego są, jak podsumował „The New York Times” opinię jednego z ekspertów: „tak nieduże i luźno zaprojektowane, że na ich podstawie właściwie nie można wyciągnąć żadnego wniosku”.

W czerwcu senator Grassley ujawnił, że przedsiębiorstwa farmaceutyczne, wliczając w to, te, które produkują leki zalecane przez Biedermana na dziecięce zaburzenie afektywno-dwubiegunowe, zapłaciły mu w latach 2000-2007 ponad półtora miliona dolarów za konsultacje i przemowy. Dwóch z jego współpracowników otrzymało podobną ilość pieniędzy. Po ujawnieniu tych informacji, kierownik Massachusetts General Hospital oraz przewodniczący szpitalnej organizacji lekarskiej wysłali list do pracujących w szpitalu lekarzy, w którym wyrazili nie swoje oburzenie wobec ogromu konfliktu interesów, ale współczucie dla beneficjentów: „Wiemy, że jest to niezwykle bolesny okres dla tych lekarzy i ich rodzin, składamy im wyrazy współczucia”.

Weźmy inny przykład. Dr Alan F. Schatzberg, kierownik wydziału psychiatrii Stanforda, a także prezydent-elekt Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Senator Grassley ujawnił, że Schatzberg posiadał akcje Corcept Therapeutics o wartości ponad 6 milionów dolarów. Firma ta, której Schatzberg był jednym z założycieli, prowadzi testy nad mifepristone – lekiem aborcyjnym, znanym również pod nazwą RU-486 – jako nad środkiem przeciwko depresji psychotycznej. W tym samym czasie Schatzberg był głównym badaczem w projekcie National Institute of Mental Health, w którym zajmowano się badaniami nad mifepristone; był także współautorem trzech prac naukowych na ten temat. W oświadczeniu opublikowanym w końcu czerwca, Stanford oznajmiło, że nie widzi nic nieprawidłowego w tej sytuacji, aczkolwiek miesiąc później rada uniwersytetu ogłosiła, że tymczasowo odsuwa Schatzberga od funkcji głównego badacza „aby wyeliminować nieporozumienia”.

Przypuszczalnie najwyraźniejszy przypadek ujawniony przez senatora Grassleya dotyczy dr Charlesa B. Nemeroffa, kierownika wydziału psychiatrii na Emory University, a także, podobnie jak Schatzberg, redaktora wpływowego podręcznika pt. Textbook of Psychopharmacology. Nemeroff był główym badaczem w czasie 5-letniego projektu National Institute of Mental Health o budżecie 3,95 miliona dolarów – z czego 1,35 miliona poszło do Emory na koszty ogólne – którego celem było badanie kilku leków firmy GlaxoSmithKline. Umowa z uniwersytetem i przepisy państwowe wymagały, by ujawniać władzom Emory University dochód z GlaxoSmithKline, Emory zaś było zobowiązane zgłaszać kwoty większe niż 10 tysięcy dolarów rocznie do National Institutes of Health, a także wykrywać i usuwać ewentualne konflikty interesów.

Jednak według senatora Grassleya, który porównywał zapisy Emory z zapisami przedsiębiorstwa, Nemeroff nie zgłosił około 500 tysięcy dolarów, które otrzymał od GlaxoSmithKline za wygłoszenie dziesiątków przemów promujących leki tej firmy. W czerwcu 2004 roku, po roku trwania projektu, Emory przeprowadziło własne dochodzenie dotyczące działań Nemeroffa i wykazało wielokrotne pogwałcenie przepisów. Nemeroff odpowiedział zapewniając Emory w oświadczeniu: „Ze względu na projekt NIMH/Emory/GSK, ograniczam swoje usługi konsultacyjne dla GSK do wymiaru 10 tysięcy dolarów rocznie. Poinformowałem GSK o tej decyzji”. Jednak tego samego roku, otrzymał ponad 171 tysięcy dolarów od tej firmy, choć do Emory zgłosił jedynie 9999 dolarów – dolar mniej od dolnego progu raportowania wydatków dla National Institutes of Health.

Emory odnosiło korzyści dzięki Nemeroffowi. Powstaje przez to pytanie, czy ich niedbały nadzór wynikał z konfliktu interesów. Jak podaje Gardiner Harris w „The New York Times”, sam Nemeroff podkreślił swoją wartość dla Emory w liście z 2000 roku do dziekana szkoły medycznej, w którym uzasadnił swoje członkostwo w dwunastu radach doradczych różnych korporacji następująco:

Z pewnością pamiętacie, że Smith-Kline Beecham Pharmaceuticals przekazało dotację na rzecz wydziału. Jest spore prawdopodobieństwo, że Janssen Pharmaceuticals również to uczyni. Ponadto, Wyeth-Ayerst Pharmaceuticals ufundowało nagrodę Research Career Development dla wydziału, poprosiłem także AstraZeneca Pharmaceuticals oraz Bristol-Meyers [sic] Squibb o to samo. Częścią ich uzasadnienia dla sponsorowania naszego wydziału w ten sposób była moja praca w radach doradczych.

Opisani psychiatrzy zostali wskazani przez senatora Grassleya, więc uwaga prasy skoncentrowała się na nich, ale podobne konflikty interesów występują powszechnie w medycynie. (Senator zwrócił się obecnie w stronę kardiologów.) W istocie, większość lekarzy przyjmuje pieniądze lub prezenty od firm farmaceutycznych w ten lub inny sposób. Wielu opłaca się jako konsultantów, mówców na spotkaniach organizowanych przez te firmy, jako autorów-widmo artykułów naukowych napisanych przez przedsiębiorstwa farmaceutyczne albo ich agentów, jako rzekomych „badaczy”, których wkład naukowy często sprowadza się do przepisania leku pacjentowi i przesłania przedsiębiorstwu zdawkowej informacji. Wielu lekarzom funduje się obiady i daje inne rodzaju korzyści. Ponadto, przedsiębiorstwa farmaceutyczne subsydiują większość spotkań organizacji zawodowych i większość kontynuujących naukę lekarzy.

Nikt nie wie, ile pieniędzy trafia w ręce lekarzy od firm farmaceutycznych, ale z rocznych raportów największych 9 amerykańskich firm, że jest to kwota wynosząca dziesiątki miliardów dolarów rocznie. W ten sposób przemysł farmaceutyczny uzyskał ogromną kontrolę nad tym, jak lekarze oceniają i wykorzystują ich produkty. Jego głębokie powiązania z lekarzami, w szczególności ze starszą kadrą w prestiżowych akademiach medycznych, wpływa na wyniki badań, sposób praktykowania medycyny, a nawet definicję tego, co stanowi chorobę.


Weźmy dla przykładu próby kliniczne, w których leki testuje się na ludziach. Zanim nowy lek można wprowadzić na rynek, producent musi wykonać próby kliniczne, aby pokazać dla Food and Drug Administration, że lek jest bezpieczny i skuteczny, zazwyczaj w porównaniu z placebo. Rezultaty wszystkich prób (może być ich wiele) przesyła się FDA, a jeśli jedna lub dwie próby są pozytywne – tzn. jeśli wykazują skuteczność bez poważnego ryzyka – lek jest zwykle aprobowany, nawet jeśli wszystkie inne próby są negatywne. Leki aprobuje się jedynie dla specyficznego użytku – przykładowo, do leczenia nowotworu płuc; nielegalne jest, aby przedsiębiorstwa promowały je dla jakiegokolwiek innego użytku.

Lekarze jednak mogą przepisywać leki poza ich standardowymi zaleceniami. Być może nawet połowa wszystkich recept jest przepisywana dla celów, dla których lek nie został stworzony. Po trafieniu leków na rynek, firmy w dalszym ciągu prowadzą próby kliniczne, czasami, by uzyskać aprobatę FDA dla dodatkowego użytku, czasami, by zademonstrować przewagę nad konkurencją, a często po to, by dać lekarzom wymówkę, by mogli przepisywać lek pacjentom.

Ponieważ koncerny farmaceutyczne nie mają bezpośredniego dostępu do osób badanych, muszą zlecać prowadzenie prób klinicznych szkołom medycznym, w których badacze biorą pacjentów z szpitali i klinik, albo z prywatnych przedsiębiorstw badawczych (CRO), w których zadanie zebrania osób badanych należy do lekarzy pracujących w biurach. Chociaż firmy typu CRO są zazwyczaj szybsze, sponsorzy często preferują współpracę ze szkołami medycznymi, częściowo dlatego, że dzięki temu badania są brane poważniej, ale głównie dlatego, to daje im dostęp do bardzo wpływowych lekarzy pracujących na uniwersytetach – nazywanych w przemyśle „liderami myśli” albo „kluczowymi liderami opinii”. Są to ludzie, którzy piszą podręczniki i artykuły naukowe z medycyny, wydają praktyczne wskazówki (rekomendacje w stosunku do leczenia), pracują w FDA albo zasiadają w innych państwowych agendach doradczych, kierują stowarzyszeniami zawodowymi, przemawiają na niezliczonych spotkaniach i kolacjach, które odbywają się co roku w celu przekazania klinicystom informacji an temat leków na receptę. Opłacanie „kluczowych liderów opinii” takich jak dr Biederman jest warte każdego wydanego centa.

Kilka dekad temu, szkoły medyczne nie zawiązywały wielkich umów finansowych z koncernami farmaceutycznymi, a badacze, którzy prowadzili sponsorowane przez firmy badania, generalnie nie mieli z nimi powiązań. Jednak owe szkoły mają dziś wielorakie powiązania z tym przemysłem i nic nie daje im moralnego prawa, aby sprzeciwiać się temu, by ich kadra zachowywała się w ten sam sposób. Niedawna ankieta pokazała, że około 2/3 akademickich ośrodków medycznych posiada jakiś kapitał ulokowany w przedsiębiorstwach, które sponsorują badania w tej samej instytucji. Badanie dotyczące kierowników wydziałów szkół medycznych pokazało, że 2/3 otrzymywało pieniądze od koncernów farmaceutycznych przeznaczone dla wydziału, a 3/5 otrzymywało osobisty dochód. W latach 80. XX wieku szkoły medyczne zaczęły wydawać wskazówki odnośnie postępowania względem konfliktu interesów, ale są one bardzo różne, ogólnie raczej mało restrykcyjne i luźno przestrzegane.

Ponieważ koncerny farmaceutyczne sponsorują badania pod warunkiem, że będą miały dostęp do całego procesu fundowanych przez siebie badań, mogą z łatwością wpłynąć na wyniki w celu przedstawienia swoich leków jako lepsze i bezpieczniejsze, niż w rzeczywistości. Przed latami 80. całą odpowiedzialność za prowadzenie badań pozostawiali w rękach badaczy uniwersyteckich, ale obecnie pracownicy koncernów, albo ich agenci, często projektują badania, przeprowadzają analizy, piszą prace, a także decydują, czy i w jakiej formie opublikować wyniki. Czasami kadra akademicka, która prowadzi badania, jest niczym więcej jak tylko wynajętymi pracownikami, którzy dostarczają pacjentów i zbierają dane według instrukcji koncernów.

W świetle tej kontroli i konfliktu interesów, które przenikają cały proces badawczy, nie jest zaskakujące, iż sponsorowane przez koncerny badania, publikowane w pismach medycznych, konsekwentnie przedstawiają leki sponsorów w dobrym świetle – głównie dlatego, że wyniki negatywne nie są publikowane, wyniki pozytywne są wielokrotnie publikowane w nieco zmienionych formach, a wyniki negatywne przedstawia się tak, aby było w nich również coś pozytywnego. Przegląd 74 prób klinicznych dla antydepresantów pokazał, że 37 z 38 pozytywnych badań zostało opublikowanych. Jednak z 36 negatywnych badań, 33 albo nie zostało opublikowanych, albo zostało opublikowanych w takiej formie, która przedstawiała w nich coś pozytywnego. Częstą praktyką jest zmiana przedmiotu zainteresowania artykułu naukowego z zamierzonego skutku leku na inny, który wydaje się być korzystniejszy.

Zatajanie niekorzystnych badań jest przedmiotem interesującej książki Alison Bass pt. Side Effects: A Prosecutor, a Whistleblower, and a Bestselling on Trial. Przedstawia ona, jak brytyjski gigant lekowy GlaxoSmithKline krył dowody tego, że znakomicie sprzedający się antydepresant o nazwie Paxil, jest nieskuteczny oraz potencjalnie szkodliwy dla dzieci i nastolatków. Bass, wcześniej dziennikarka „Boston Globe”, opisuje zaangażowanie trzech osób – sceptycznego psychiatry akademickiego, oburzonego pracownika naukowego wydziału psychiatrii Brown University (przewodniczący tego wydziału otrzymał w 1998 roku ponad 500 tysięcy dolarów za konsultacje dla koncernów farmaceutycznych, w tym dla GlaxoSmithKline), a także niezmordowany zastępca prokuratora ogólnego w Nowym Jorku. Zajęli się sprawą GlaxoSmithKline oraz układem na wydziale psychiatrii i w końcu wbrew oczekiwaniom wszystkich zwyciężyli.

Książka ta śledzi wieloletnią walkę tych trzech ludzi. Jej kulminacją była zgoda GlaxoSmithKline na wypłacenie odszkodowań wynoszących 2,5 miliona dolarów (malutka część ówczesnych rocznych dochodów pochodzących ze sprzedaży leku Paxil) za oszustwo konsumenckie. Koncern obiecał również ujawnić podsumowania wszystkich prób klinicznych przeprowadzonych przed 27 grudnia 2000 roku. O wiele większe znaczenie miało zwrócenie uwagi na fakt rozmyślnego, systematycznego ukrywania niekorzystnych wyników badań naukowych, co nigdy nie wyszłoby na jaw, gdyby nie proces sądowy. Jeden z wcześniej niejawnych, wewnętrznych dokumentów GlaxoSmithKline mówił: „Byłoby nie do przyjęcia pod względem handlowym, aby zawrzeć stwierdzenie, że nie dowiedziono skuteczności leku, jako że to podważyłoby status paroxetine [Paxil]”.

Wiele leków, o których zakłada się, że są skuteczne, prawdopodobnie nie jest wiele lepszych od palcebo, ale nie ma tego jak sprawdzić, ponieważ wyniki negatywne są tajne.
Jedną ze wskazówek dostarczyli 6 lat temu czterej badacze, którzy, posługując się Ustawą o Swobodzie Informacji [Freedom of Information Act], uzyskali od FDA przeglądy wszystkich prób klinicznych z wykorzystaniem placebo, przesłanych do wstępnej aprobaty dla 6 najczęściej zażywanych antydepresantów w latach 1987-1999 – Prozac, Paxil, Zoloft, Celexa, Serzone oraz Effexor. Wykazano w nich, że średnio biorąc, placebo było w 80% tak skuteczne, jak leki. Różnica między lekiem i placebo była tak niewielka, że z dużym prawdopodobieństwem nie miała żadnego znaczenia klinicznego. Wyniki dla wszystkich 6 leków były właściwie takie same: wszystkie były równie nieskuteczne. Jednak ponieważ korzystne wyniki zostały opublikowane, a niekorzystne schowane (w tym przypadku w FDA), opinia publiczna i lekarze wierzyli, że leki te są skutecznymi antydepresantami.

Konflikt interesów wpływa nie tylko na badania. Kształtuje on również sposób praktykowania medycyny, poprzez wpływ na praktyczne wskazówki wydawane przez stowarzyszenia zawodowe i agendy rządowe, a także poprzez swój wpływ na decyzje FDA. Kilka przykładów: w ankiecie dla dwustu ciał eksperckich, które wydają wskazówki praktyczne dla psychiatrów, 1/3 przyznała, że ma interes finansowy w zalecanych przez siebie lekach. W roku 2004, po tym, jak National Cholesterol Education Program wezwał do ostrego obniżenia pożądanego poziomu „złego” cholesterolu, ujawniono, że 8/9 członków organizacji piszącej rekomendacje miało finansowe powiązania z producentami leków obniżającymi cholesterol. Spośród 170 badaczy, którzy pracowali przy najnowszym wydaniu DSM, 95 miało powiązania finansowe z koncernami farmaceutycznymi. Dotyczy to wszystkich, którzy pracowali przy sekcjach poświęconych zaburzeniom nastroju oraz schizofrenii. Co prawdopodobnie najważniejsze, wielu członków eksperckich komisji parlamentarnych doradzających FDA odnośnie dopuszczania leków na rynek ma finansowe powiązania z przemysłem farmaceutycznym.

W ostatnich latach koncerny farmaceutyczne udoskonaliły nowe i wysoce skuteczne metody rozszerzania rynków dla swoich produktów. Zamiast reklamować leki, które leczą choroby, zaczęli reklamować choroby, które pasują do ich leków. Strategia ta polega na przekonaniu tak wielu ludzi, jak to tylko możliwe (oczywiście również lekarzy), że zapadli oni na choroby, które wymagają długotrwałego leczenia. Zjawisko to, nazywane czasem „podżeganiem chorobowym”, jest przedmiotem dwóch książek: Our Daily Meds: How the Pharmaceutical Companies Transformed Themselves into Slick Marketing Machines and Hooked the Nation on Prescription Drugs Melody Petersen oraz How Normal Behavior Became a Sickness Christophera Lane’a.

Reklamując nowe choroby, albo choroby, których znaczenie wyolbrzymiono, koncerny nadają im poważnie brzmiące nazwy i skróty. W ten sposób zgaga stała się "chorobą refleksową przełyku", w skrócie GERD impotencja stała się "dysfunkcją erekcji", czyli ED napięcie przedmiesiączkowe stało się "przedmiesiączkowym zaburzeniem dysforycznym", czyli PMMD nieśmiałość stała się "zaburzeniem lęku społecznego" (jeszcze nie ma skrótu). Warto zauważyć, że są to źle zdefiniowane przewlekłe przypadłości, które dotykają zasadniczo normalnych ludzi, także rynek jest ogromny i łatwo go jeszcze rozszerzyć. Przykładowo, starszy menedżer ds. marketingu doradzał handlowcom, jak rozszerzać możliwy użytek leku pod nazwą Neurontin: „Neurontin na ból, Neurontin na zaburzenie afektywno-dwubiegunowe, Neurontin na wszystko”. Wydaje się, że strategia sprzedawców leków – a jest ona niebywale skuteczna – polega na przekonaniu Amerykanów, że istnieją tylko dwa rodzaje ludzi: ci, którzy wymagają leczenia w postaci zażywania leków i ci, którzy jeszcze o tym nie wiedzą. Chociaż strategię tę wymyślił przemysł farmaceutyczny, nie można byłoby jej stosować bez współpracy ze strony środowiska medycznego.

Melody Petersen, która była dziennikarką „The New York Times”, napisała duży, przekonujący tekst będący oskarżeniem wobec przemysłu farmaceutycznego. Przedstawia w nim szczegółowo metody, zarówno legalne, jak i nielegalne, którymi posługują się koncerny w celu tworzenia leków o miliardowej sprzedaży rocznej. Główną rolę odgrywają kluczowi liderzy opinii. Jej głównym przykładem jest Neurontin, który był początkowo dopuszczony jedynie do jednego celu – tzn. do leczenia epilepsji, jeśli inne leki nie były w stanie powstrzymać ataków. Płacąc naukowcom za umieszczanie ich nazwisk w artykułach, w których chwali się Neurontin dla innego użytku – zaburzenie afektywno-dwubiegunowego, zespół stresu pourazowego, bezsenność, zespół niespokojnych nóg, poty nocne, migreny, bóle głowy itd. – a następnie organizując konferencje, na których reklamowano stosowanie leku dla wyżej wymienionych celów, producent, ze sprzedażą na poziomie 2,7 miliarda dolarów, uczynił z leku „hit” rynkowy. Rok później, w sprawie, którą Petersen obszernie opisała, Pfizer przyznał się do winy w procesie o nielegalny marketing i zgodził się zapłacić 430 milionów dolarów odszkodowania. Mnóstwo pieniędzy – ale dla Pfizera był to jedynie koszt robienia interesów. I warto było, ponieważ Neurontin w dalszym ciągu był sprzedawany jako środek do wszystkich przypadłości i przynosił miliardy dolarów rocznie ze sprzedaży.

Książka Christophera Lane’a skupiała się na węższym temacie – gwałtownym wzroście w ilości stawianych diagnoz w populacji amerykańskiej, a także wykorzystaniu środków psychoaktywnych (leków wpływających na stan psychiczny) w celu leczenia chorób. Nie ma żadnych obiektywnych kryteriów dla choroby umysłowej, a granica między normalnością a chorobą jest często niepewna, przeto psychiatria jest szczególnie żyzną glebą dla tworzenia i stawiania nowych diagnoz albo rozszerzania starych. Jedyną wyrocznią kryteriów diagnostycznych jest obecne wydanie DSM, a jest ono produktem zgromadzenia psychiatrów, z których większość, jak wspomniałam wcześniej, ma powiązania finansowe z przemysłem farmaceutycznym. Lane, profesor literatury na Northwestern University, opisuje ewolucję DSM od skromnych początków roku 1952 jako nieduży, spinany na grzbiecie spiralą podręcznik (DSM-I) do obecnego, 943-stronnicowego wcielenia (poprawiona wersja, DSM-IV) będącego niekwestionowaną „biblią” psychiatrów – standardowy punkt odniesienia dla sądów, więzień, szkół, towarzystw ubezpieczeniowych, izb przyjęć, lekarzy, a także różnego rodzaju ośrodków medycznych.

Mając na uwadze ważność tego dokumentu, można byłoby pomyśleć, że jest on autorytatywnym wyciągiem z licznego nagromadzenia dowodów naukowych. Jednak Lane, korzystając z niepublikowanych zapisów z archiwów Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, a także wywiadów z jego działaczami, pokazał, że DSM jest produktem złożonej polityki akademickiej, osobistych ambicji, ideologii, oraz, co prawdopodobnie najistotniejsze, wpływu przemysłu farmaceutycznego. W DSM brakuje dowodów. Lane cytuje jednego z członków grupy naukowej pracującej przy DSM-III:

Było bardzo mało systematycznych badań, a wiele z tych, które przeprowadzono, było bezładną mieszaniną, niespójną i niejednoznaczną. Sądzę, że większość z nas uznawała, że podstawy naukowe, na których opieraliśmy nasze decyzje, były dość skromne.

Lane podaje przykład nieśmiałości jako swoje studium przypadku podżegania chorobowego w psychiatrii. Nieśmiałość jako jednostka chorobowa miała swój debiut jako „fobia społeczna” w DSM-III w 1980 roku, jednak uznawano ją za rzadką. W roku 1994, kiedy opublikowano DSM-IV, stała się „zaburzeniem lęku społecznego” i uznano ją za bardzo powszechną. Według Lane’a, GlaxoSmithKline, mając nadzieją na wzrost sprzedaży swojego antydepresantu, leku Paxil, postanowiło zareklamować zaburzenie lęku społecznego jako „dolegliwą jednostkę chorobową”. W roku 1999, koncern otrzymał aprobatę FDA dla sprzedawania leku jako środka przeciwko zaburzeniu lęku społecznego. Zrobiono przy tym głośną kampanię reklamową, rozlepiano plakaty na przystankach autobusowych przedstawiające wyalienowanych osobników i napis: „Wyobraź sobie, że masz alergię na ludzi…”. Sprzedaż ogromnie wzrosła. Barry Brand, dyrektor zajmujący się lekiem Paxil, powiedział: „Marzeniem każdego marketingowca jest znalezienie nierozpoznanego albo nieznanego wcześniej rynku i dotarcie do niego. To się nam właśnie udało z zaburzeniem lęku społecznego”.

Jednym z największych hitów były leki psychoaktywne. Teoria, że choroby psychiczne biorą się z nierównowagi biochemicznej została podana jako usprawiedliwienie powszechnego korzystania z nich, mimo, iż jeszcze nie jest udowodniona. Dzieci są szczególnie podatnymi konsumentami. Który rodzic miałby odwagę powiedzieć: „Nie”, kiedy lekarz mówi, że ich trudne dziecko jest chore i potrzebna jest terapia lekowa? Obecnie przeżywamy wyraźną epidemię zaburzenia afektywno-dwubiegunowego u dzieci (epidemię, która wypiera ADHD jako najpowszechniejsze zaburzenie występujące w dzieciństwie). Nastąpił 40-krotny wzrost częstości stawiania diagnozy tej choroby w latach 1994-2003. Dzieci te często są leczone wieloma środkami poza ich standardowym użyciem, z czego wiele, niezależnie od swoich innych właściwości, działają uspokajająco, a niemal wszystkie mogą mieć poważne skutki uboczne.

Problemy, o których piszę nie ograniczają się do psychiatrii, chociaż tutaj najwyraźniej je widać. Podobne konflikty interesów i patologie występują właściwie we wszystkich obszarach medycyny, w szczególności tych, które w dużej mierze opierają się na lekach i różnorakich urządzeniach. Teraz już po prostu nie można wierzyć w znaczną część publikowanych badań naukowych, nie można też polegać na osądzie zaufanych lekarzy albo autorytatywnych wskazówek medycznych. Nie znajduję przyjemności w głoszeniu takiego poglądu. Taki pogląd wyrobiłam sobie powoli i niechętnie w czasie 20 lat wykonywania pracy redaktorskiej dla „The New England Journal of Medicine”.

Jednym z rezultatów tego rozpowszechnionego skrzywienia jest to, że lekarze uczą się sposobu praktykowania medycyny polegającego na przepisywaniu pigułek. Nawet, jeśli zmiany w stylu życia byłyby skuteczniejsze, lekarze i ich pacjenci często sądzą, że na każdą chorobę i dolegliwość istnieje jakiś lek. Lekarzy utwierdza się w przekonaniu, że najnowsze i najdroższe leki o nowych nazwach są o klasę lepsze od starych leków, nawet jeśli rzadko są na to jakiekolwiek dowody, ponieważ sponsorzy zwykle nie porównują swoich leków ze starymi lekami w należytych dawkach. Ponadto, lekarze, pod wpływem kadry kierowniczej prestiżowych szkół medycznych, nabierają zwyczaju przepisywania leków poza ich standardowym użyciem, bez żadnego istotnego dowodu ich skuteczności.

Łatwo jest obwinić koncerny farmaceutyczne za tę sytuację, i z całą pewnością duża część winy spada na nich. Większość wielkich koncernów farmaceutycznych dążyła do ugody w przypadku zarzutów o oszustwo, reklamowanie leku do użytku niestandardowego, i inne przestępstwa. Przykładowo, TAP Pharmaceuticals przyznało się w 2001 roku do winy i zgodziło się zapłacić 875 milionów dolarów w związku z wysuniętymi na podstawie False Claims Act zarzutami kryminalnymi i cywilnymi o oszukańcze reklamowanie leku Lupron, środka wykorzystywanego w leczeniu raka prostaty. Poza GlaxoSmithKline, Pfizer, oraz TAP, inne przedsiębiorstwa, które w procesach sądowych o oszustwo osiągnęły ugodę to Merck, Eli Lilly oraz Abbott. Koszta, choć ogromne w niektórych sprawach, są małe w porównaniu z zyskami pochodzącymi z tych nielegalnych działań, więc nie są czynnikiem odstraszającym. Jednakże, obrońcy mogliby powiedzieć, że przemysł farmaceutyczny jedynie stara się pełnić swoją najważniejszą funkcję – działać w interesie swoich inwestorów – i czasem idą w tym za daleko.

Lekarze, szkoły medyczne i organizacje zawodowe nie mają takiej wymówki, ponieważ ich relacje z pacjentami opierają się na zaufaniu. Misją szkół medycznych i szpitali klinicznych – co usprawiedliwia zwolnienie ich z podatku – jest edukowanie nowych pokoleń lekarzy, prowadzenie badań naukowych i opieka nad chorymi członkami społeczeństwa. Nie jest nią nawiązywanie lukratywnej, handlowej współpracy z przemysłem farmaceutycznym. Przy całej naganności działań tego przemysłu, sądzę, że postępowanie sporej części lekarzy jest jeszcze bardziej karygodne. Przedsiębiorstwa farmaceutyczne nie są organizacjami charytatywnymi; oczekują czegoś w zamian za wydawane przez nich pieniądze – i najwyraźniej otrzymują to, czego chcą, w innym wypadku przestaliby płacić.

Dla przywrócenia uczciwości w badaniach naukowych i praktyce medycznej koniecznych jest tak wiele reform, że nie można ich krótko przedstawić. Wiele z nich wymagałoby specjalnego ustawodawstwa i zmian w FDA, łącznie z procesem dopuszczania leków do obiegu. Istnieje też potrzeba, aby medycyna niemal całkowicie oddzieliła się od pieniędzy płynących z przemysłu farmaceutycznego. Chociaż współpraca między nauką a przemysłem może przyczynić się do ważnych odkryć naukowych, dzieje się tak zazwyczaj poprzez prowadzenie podstawowych badań, nie zaś prób klinicznych, a nawet tutaj, sporne jest, czy musi łączyć się to z osobistym bogaceniem się badaczy. Członkowie szkół medycznych, prowadzący próby kliniczne, nie powinni akceptować jakiejkolwiek zapłaty od koncernów farmaceutycznych poza wspieraniem badań, a wsparcie to nie powinno pociągać za sobą żadnych zobowiązań, np. kontroli koncernów nad projektem badania, interpretacją wyników i publikowaniem rezultatów.

Szkoły medyczne i szpitale kliniczne powinny rygorystycznie przestrzegać tej zasady. Nie powinny nawiązywać umów z firmami, których produkty badają członkowie ich kadr akademickich. Ponadto, rzadko może wystąpić uzasadniony powód, aby lekarz przyjął prezent od firmy farmaceutycznej, nawet niedużej. Lekarz powinien płacić za siebie i sam finansować swoje dalsze kształcenie.


Po sporym, niekorzystnym rozgłosie, szkoły medyczne i stowarzyszenia zawodowe zaczęły mówić na temat rozwiązywania konfliktu interesów, ale jak do tej pory nie podjęto zdecydowanych działań. Nieustannie stosują wyrażenie „potencjalnego” konfliktu interesów, tak jak by to robiło jakąś różnicę, mówią o jawności i „zarządzaniu” nimi, nie zaś o zakazywaniu ich. Krótko pisząc, wydaje się istnieć chęć wyeliminowania widoku korupcji, ale pozostawienia pieniędzy. Złamanie zależności zawodu lekarza od przemysłu farmaceutycznego wymaga większego wysiłku niż tworzenie komisji. Wymaga ono ostrego przecięcia niebywale lukratywnego mechanizmu korupcyjnego. Jeśli jednak lekarze nie przetną owego mechanizmu z własnej woli, stracą zaufanie w społeczeństwie, a rząd (nie sam senator Grassley) zainterweniuje i narzuci swoje prawo. Żaden lekarz tego nie chce.
Marcia Angell
New England Journal of Medicine


"Prawda o firmach farmaceutycznych.Jak nas oszukują i co z tym robić."Marcia Angell - skrócona wersja książki "The Truth About the Drug Companies",Suplement do „Aptekarza” Vol 13 (2005) ISSN 1230-8730
http://www.niejedzenie.info/forum/viewtopic.php?p=15334#15334

Surprised
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
krzysztof



Dołączył: 02 Lip 2007
Posty: 535
Skąd: zielona góra

PostWysłany: 2014 01 10 18:11    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cześć Surprised

Kontynuacja tematu z zakresu chorób psychicznych i prób ich "leczenia".
"O epidemii chorób psychicznych",wybór- profesor Jerzy Mellibruda ,tłumaczenie -Maksymilian Sielicki
http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1751-o-epidemii-chorob-psychicznych.html
Cytat:
Wydaje się, że Amerykanie przeżywają właśnie silną epidemię chorób psychicznych – przynajmniej sądząc po wzroście osób leczonych na nie. Ilość osób, których choroby psychiczne pozbawiły zdolności normalnego funkcjonowania, kwalifikując je tym samym do Supplemental Security Income (SSI) albo Social Security Disability Insurance (SSDI) wzrosła niemal dwuipółkrotnie w latach 1987-2007 – od jednego na 184 Amerykanów do jednego na 76. W przypadku dzieci, nasilenie to jest jeszcze bardziej zdumiewające – 35-krotny wzrost w ciągu dwóch dziesięcioleci. Choroba umysłowa jest obecnie główną przyczyną niezdolności do codziennego funkcjonowania, daleko wyprzedzając fizyczną niezdolność, jak np. mózgowe porażenie dziecięce czy zespół Downa, dla których zostały stworzone wspomniane federalne programy wsparcia.

Duże badanie na losowo wybranych dorosłych, ufundowane przez National Institute of Health (NIMH) i przeprowadzone w latach 2001-2003, pokazało, że zdumiewających 46% w jakimś punkcie swojego życia spełniało kryteria wyznaczone przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne na co najmniej jedną chorobę psychiczną w obrębie czterech szerokich kategorii. Kategoriami tymi były: „zaburzenia lękowe”, zawierające, pośród innych podkategorii, fobie oraz zespół stresu pourazowego (PTSD); „zaburzenia nastroju”, zawierające depresję kliniczną oraz zaburzenie dwubiegunowe; „zaburzenie kontroli impulsów”, zawierające różne problemy behawioralne oraz zespół nadaktywności psychoruchowej (ADHD); oraz „zaburzenia używania substancji”, zawierające nadużywanie alkoholu i narkotyków. Większość spełniała kryteria dla więcej niż jednej diagnozy. Spośród ludzi dotkniętych chorobą w ciągu zeszłego roku, jedna trzecia poddawała się leczeniu – co stanowi wzrost z jednej piątej w podobnej ankiecie 10 lat temu.

Dzisiaj leczenie przez lekarza medycyny niemal zawsze oznacza użycie leków psychoaktywnych, czyli środków wpływających na stan umysłowy osoby. W istocie większość psychiatrów leczy jedynie za pomocą środków psychoaktywnych i posyła pacjentów do gabinetów psychologicznych tylko jeśli sądzą, że psychoterapia jest również konieczna. Przejście od „terapii mówionej” do środków psychoaktywnych, które stały się dominującym sposobem leczenia, współwystępuje z pojawieniem się na przestrzeni ostatnich czterech dziesięcioleci teorii, że choroba psychiczna jest przede wszystkim spowodowana chemiczną nierównowagą w mózgu, którą mogą naprawić leki. Teoria ta została szeroko przyjęta, przez media i społeczeństwo, a także środowisko medyczne, po tym, jak Prozac został wprowadzony na rynek w 1987 roku i był silnie promowany jako środek korekcyjny przeciwko niedomiarowi serotoniny w mózgu. Ilość ludzi leczonych na depresję potroiła się w następnych 10 latach. Obecnie antydepresanty bierze co dziesiąty Amerykanin powyżej 6 roku życia. Upowszechnienie zażywania leków przeciwko psychozie jest jeszcze bardziej dramatyczne. Nowe generacje antypsychotyków, takich jak Risperdal, Zyprexa i Seroquel, zastąpiło leki obniżające cholesterol na pozycji najlepiej sprzedającej się klasy leków w Stanach Zjednoczonych.

Co się tutaj dzieje? Czy rozpowszechnienie chorób psychicznych jest rzeczywiście tak duże i ciągle rośnie? W szczególności, jeśli te zaburzenia są determinowane biologicznie i nie są wynikiem wpływów środowiskowych, czy możliwe jest, że taki wzrost jest rzeczywisty? Czy jest tak, że uczymy się rozpoznawać i diagnozować choroby psychiczne, które istniały od zawsze? Czy może jest tak, że jedynie rozszerzamy kryteria chorób psychicznych, z związku z czym niemal każdy jakąś ma? Co z lekami, które są filarem leczenia? Czy działają? Jeśli tak, czy nie powinniśmy oczekiwać, że występowanie chorób psychicznych będzie malało, a nie rosło?

Między innymi te pytania stawiają sobie autorzy trzech prowokacyjnych książek, które chcę tutaj opisać. Na te pytania odpowiadają ludzie z trzech różnych środowisk – Irving Kirsch jest psychologiem na University of Hull, Robert Whitaker jest dziennikarzem, autorem historii leczenia chorób psychicznych pt. Mad In America (2001), a Daniel Carlat psychiatrą praktykującym na przedmieściach Bostonu i prowadzącym blog na temat swojego zawodu.

Autorzy podkreślają różne aspekty epidemii chorób psychicznych. Kirsch zastanawia się, czy antydepresanty są skuteczne. Whitaker, który przyjmuje bardziej agresywną postawę, zajmuje się całością spektrum chorób psychicznych i pyta, czy leki psychoaktywne nie stwarzają gorszego problemu, niż ten, który rozwiązują. Carlat, którego książka wypełnia raczej smutek niż gniew, rozważa głównie to, jak psychiatria sprzymierzyła się z przemysłem farmaceutycznym i jak jest przezeń manipulowana. Pomimo dzielących ich różnic, wszyscy trzej osiągają podziwu godną zgodność na pewne bardzo istotne kwestie. Swoje poglądy dobrze udokumentowali.

Po pierwsze, zgadzają się co do tego, że niepokojące rozpowszechnienie sprzedawania środków psychoaktywnych przez koncerny – poprzez różne formy marketingu, zarówno legalnego, jak i nielegalnego, a także działania, które wielu uznałoby za przekupstwo – stało się wyznacznikiem tego, czym jest choroba psychiczna i jak zaburzenia powinny być diagnozowane i leczone. Jest to temat, do którego jeszcze wrócę.

Po drugie, żaden z trzech autorów nie zgadza się z popularną teorią, że choroba psychiczna jest spowodowana nierównowagą chemiczną w mózgu. Jak opisuje Whitaker, teoria ta została stworzona krótko po tym, jak leki psychoaktywne zostały wprowadzone do obiegu w latach 50. Pierwszym lekiem był Thorazine (chlorpromazine), który wprowadzono w 1954 roku jako „silny uspokajacz” i szybko zaczęto powszechnie wykorzystywać w szpitalach psychiatrycznych w celu uspokojenia pacjentów z zaburzeniami psychotycznymi, głównie schizofreników. Rok później pojawił się Miltown (meprobamate), sprzedawany jako „słaby uspokajacz” do leczenia lęków u pacjentów niehospitalizowanych. W roku 1957, na rynku pojawił się Marsilid (iproniazid) jako „energetyk psychiczny” do leczenia depresji.

W okresie 3 lat, leki stały się więc dostępne do leczenia trzech ówcześnie głównych kategorii chorób psychicznych – psychozy, lęku i depresji – a oblicze psychiatrii zmieniło się całkowicie. Leki te jednak nie zostały stworzone do leczenia chorób psychicznych. Wywodziły się one od środków do leczenia infekcji, mimochodem wykryto, że wpływają na stan psychiczny. Na początku nikt nie miał żadnego pojęcia, jak one działają. Po prostu przytępiały niepokojące objawy psychiczne. Jednak w ciągu następnych dziesięciu lat, badacze wykazali, że leki te, a także nowe leki psychoaktywne, które wkrótce się pojawiły, wpływają na ilość pewnych obecnych w mózgu substancji chemicznych.

Krótkie – i z konieczności dosyć uproszczone – przypomnienie: mózg składa się z miliardów komórek nerwowych, nazywanych neuronami, spowitych w ogromnie skomplikowaną sieć i nieprzerwanie komunikujących się ze sobą wzajemnie. Typowy neuron posiada włókniste przedłużenia, jedno zwane aksonem, inne zwane dendrytami, poprzez które wysyła i otrzymuje sygnały od innych neuronów.

Jednak, aby jeden neuron skomunikował się z innym, sygnał musi zostać przesłany przez dzielącą ich malutką przestrzeń, zwaną synapsą. W tym celu, akson neuronu wysyłającego wypuszcza substancję chemiczną, zwaną neurotransmiterem, do synapsy. Neurotransmiter przechodzi przez synapsę i przyczepia się do receptorów drugiego neuronu, często do dendrytu, w ten sposób aktywując bądź hamując komórkę otrzymującą. Aksony mają wiele końcówek, tak więc każdy neuron posiada wiele synaps. Następnie, neurotransmiter jest albo absorbowany ponownie przez pierwszy neuron, albo jest metabolizowany przez enzymy, dzięki czemu przywrócony zostaje stan wcześniejszy. Istnieją wyjątki i odchyłki od opisanego mechanizmu, lecz neurony komunikują się ze sobą zwykle w ten sposób.

Kiedy wykazano, że leki psychoaktywne wpływają na poziom neurotransmiterów w mózgu, mierzonych głównie ilością ich produktów metabolicznych w płynie mózgowo-rdzeniowym, powstała teoria, która mówiła, że przyczyną choroby umysłowej jest anormalna koncentracja tych substancji w mózgu, której przeciwdziała się stosownym lekiem. Przykładowo, ponieważ wykazano, że Thorazine obniża poziom dopaminy w mózgu, postulowano, że psychozy, takie jak schizofrenia, są spowodowane przez nadmiar dopaminy. Później, z powodu tego, że antydepresanty podwyższają poziom serotoniny w mózgu, postulowano, że przyczyną depresji jest niedomiar serotoniny. (Tego rodzaju antydepresanty, takie jak Prozac lub Celexa, nazywają się selektywnymi inhibitorami wychwytu zwrotnego serotoniny [SSRI], ponieważ zapobiegają ponownej absorpcji serotoniny przez neurony, które ją wydzielają, w wyniku czego więcej pozostaje jej w synapsach i aktywuje inne neurony.) W ten sposób, zamiast stworzyć lek dla leczenia zaburzenia, zaproponowano zaburzenie, które pasuje do leku.

Jak wskazują wszyscy trzej autorzy, był to wielki przeskok logiczny. Jest zupełnie prawdopodobne, że leki, które wpływają na poziom neurotransmiterów, łagodzą objawy, nawet jeśli neurotransmitery nie mają nic wspólnego z samą chorobą (jest możliwe, że łagodzą objawy przez całkowicie inny sposób działania). Jak wyraził to Carlin: „Tak samo można byłoby przekonywać, że przyczyną występowania bólu jest brak opiatów, ponieważ narkotyczne środki przeciwbólowe aktywują receptory opiatów w mózgu”. Podobnie można argumentować, że gorączka jest spowodowana przez brak aspiryny.

Jednak głównym problemem z tą teorią jest to, że po dziesięcioleciach prób potwierdzenia jej, badacze nie mają w ręku żadnych dowodów. Wszyscy trzej autorzy dokumentują porażkę naukowców w poszukiwaniu przekonujących dowodów na jej rzecz. Funkcjonowanie neurotransmiterów wydaje się działać normalnie przed leczeniem chorych psychicznie ludzi. W słowach Whitakera:

Przed leczeniem, pacjenci zdiagnozowani ze schizofrenią, depresją i innymi zaburzeniami psychiatrycznymi, nie cierpią na żadną znaną „nierównowagę chemiczną”. Jednakże, kiedy daną osobę podda się leczeniu środkami psychiatrycznymi, które, w ten lub inny sposób, zaburzają zwykłą mechanikę działania neuronów, jej mózg zaczyna funkcjonować… anormalnie.

Carlat nazywa teorię nierównowagi chemicznej „mitem” (wygodnym mitem, pozwalającym pozbawić stygmatyzacji osobę chorą psychicznie), a Kirsch, którego książka skupia się na depresji, podsumowuje to w ten sposób: „Wydaje się teraz rzeczą nie ulegającą wątpliwości, że rozpowszechniona koncepcja depresji jako stanu nierównowagi chemicznej jest po prostu błędna” . Jeszcze wrócę do tego, dlaczego teoria ta trwa pomimo braku dowodów.

Czy leki działają? Jest to, bez względu na teorię, kwestia praktyczna. W swojej niebywale wciągającej książce, The Emperor’s New Drugs, Kirsch opisuje swoje 15-letnie poszukiwania naukowe w celu znalezienia odpowiedzi na pytanie o antydepresanty.

Kiedy rozpoczynał pracę w 1995 roku, jego głównym polem zainteresowań był efekt placebo. W celu badania go, wraz ze współpracownikami przeprowadził recenzję 38 opublikowanych prób klinicznych, które porównywały różne metody leczenia depresji z wykorzystaniem placebo, albo porównywał psychoterapię z brakiem leczenia. Kirsch wykazał, że placebo było 3-krotnie skuteczniejsze od braku leczenia. Wyniki go nie zaskoczyły. Zaskoczyło go to, że antydepresanty były jedynie marginalnie lepsze od placebo. Oceniając po skalach wykorzystanych do pomiaru depresji, placebo było w 75% tak skuteczne, jak antydepresanty. Kirsch wówczas postanowił kontynuować dociekania poprzez analizę standaryzowanego i bardziej kompletnego zbioru danych.

Dane, z których skorzystał, pochodziły z amerykańskiego Food and Drug Administration (FDA), nie zaś z publikowanej literatury naukowej. Kiedy przedsiębiorstwa farmaceutyczne dążą do uzyskania dopuszczenia nowego leku na rynek przez FDA, musza przesłać do tej instytucji wyniki wszystkich prób klinicznych, które sponsorowali. Próby są zwykle podwójnie ślepe i wykorzystują placebo, co znaczy, że osoby badane są losowo przydzielane albo do grupy leku, albo grupy placebo, oraz że ani oni ani lekarze nie wiedzą, do której. Pacjentom mówi się, że otrzymają albo środek aktywny, albo placebo, i przedstawia im się informacje na temat możliwych skutków ubocznych. Jeśli dwie próby pokazują, że lek jest skuteczniejszy od placebo, to zostaje on dopuszczony. Jednak koncerny mogą ufundować tyle prób, ile im się podoba, z czego większość może dać negatywne wyniki – tzn. nie wykazać żadnej skuteczności. Potrzeba jedynie dwóch prób z pozytywnymi wynikami. (Wyniki prób klinicznych dotyczących tego samego leku mogą różnić się z wielu względów, wliczając w to sposób zaprojektowania i przeprowadzenia, wielkość próby, rodzaj badanych pacjentów itd.)

Z oczywistych względów, koncerny farmaceutyczne bardzo mocno starają się, aby badania z pozytywnymi wynikami zostały opublikowane w pismach medycznych, a lekarze usłyszeli o nich, natomiast badania z negatywnymi wynikami trafiły do zamkniętej szafy w FDA, która uznaje je za swoją własność i utajnia. Postępowanie to ogromnie wykoślawia literaturę naukową, kształcenie medyczne i proces leczenia.

Kirsch i jego współpracownicy wykorzystali Ustawę o Swobodzie Informacji [Freedom of Information Act] w celu uzyskania od FDA recenzji wszystkich prób klinicznych z wykorzystaniem placebo, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych, wysłanych w związku z początkowym zatwierdzeniem sześciu najczęściej używanych leków antydepresyjnych, dopuszczonych w latach 1987-1999 – Paxil, Prozac, Zolof, Celexa, Serzone i Effexor. Był to lepszy zbiór danych niż ten, z którego korzystał w poprzednim badaniu, nie tylko dlatego, że zawierał również badania z negatywnymi wynikami, ale przede wszystkim dlatego, że FDA wyznacza dla prób jednolite standardy jakościowe, zaś żadne z publikowanych badań we wcześniejszym opracowaniu Kirscha nie zostało udostępnionych dla FDA jako część wniosku o dopuszczenie leku.

W sumie przeprowadzono 42 próby kliniczne na 6 lekach. Większość z nich było negatywnych. Łącznie, placebo były w 82% tak skuteczne jak leki, wedle pomiaru Hamilton Depression Scale (HAM-D, Skala Depresji Hamiltona), często wykorzystywanej skali pomiaru depresji. Średnia różnica między lekiem a placebo na skali HAM-D wynosiła jedynie 1,8, zatem choć była statystycznie istotna, to pod względem klinicznym pozbawiona znaczenia. Wyniki były takie same dla wszystkich sześciu leków – były równie słabe. Jednakże, ponieważ pozytywne badania były tak szeroko rozpowszechniane, a negatywne zamiatane pod dywan, opinia publiczna i lekarze zostali przekonani, że leki te są wysoce skutecznymi antydepresantami.

Kirscha zaskoczyło również inne nieoczekiwane odkrycie. W swoich wcześniejszych badaniach, a także w pracach innych naukowców, dostrzegł, że inne rodzaje leczenia, które nie były uznawane za przeciwdziałające depresji – np. syntetyczny hormon tarczycy, opiaty, środki uspokajające, stymulanty, albo ziołowe środki lecznicze – w łagodzeniu objawów depresji były równie skuteczne, co antydepresanty. Kirsch pisze: „Kiedy środki podwyższające, obniżające albo nie mające żadnego skutku dla serotoniny podaje się jako leki antydepresyjne, wszystkie z nich łagodzą objawy depresji mniej więcej w tym samym stopniu”. Wszystkie te „skuteczne” leki miały tę wspólną cechę, że rodziły skutki uboczne, o których możliwości wystąpienia informowano pacjentów.

Istotne jest, aby próby kliniczne, w szczególności te, które odnoszą się do subiektywnych chorób takich jak np. depresja, były podwójnie ślepe, tzn. aby ani pacjent, ani lekarz nie wiedzieli, czy środek, z którym mają do czynienia, to placebo. To zapobiega wyobrażaniu sobie przez pacjentów i doktorów poprawy, która nie zachodzi, co jest szczególnie prawdopodobne, jeśli badani wierzą w to, że podawany im środek jest aktywnym lekiem, nie zaś placebo. Widząc w wynikach, że niemal każda pigułka ze skutkami ubocznymi była nieco skuteczniejsza w leczeniu depresji, niż bierne placebo, Kirsch wyraził przypuszczenie, że pojawienie się skutków ubocznych u osób badanych przyjmujących leki pozwoliło im poprawnie odgadnąć, że byli poddawani aktywnemu leczeniu – co zostało potwierdzone w wywiadach z pacjentami i lekarzami – przez co z większym prawdopodobieństwem modli odczuwać poprawę. Kirsch zasugerował, że przyczyną, dla której antydepresanty wydają się działać skuteczniej w przypadku ostrej depresji, niż w łagodnej, jest to, iż ci pacjenci z ostrą depresją otrzymują większe dawki leku, w związku z czym doświadczają większych skutków ubocznych.

Aby zbadać, czy skutki uboczne wykoślawiają reakcję pacjenta na lek, Kirsch analizował próby, w których wykorzystywano „aktywne” placebo w miejsce biernego. Skutki uboczne rodzi również aktywne placebo, np. atropina – lek, który selektywnie blokuje działanie pewnych typów włókien nerwowych. Nie jest ona antydepresantem, ale oprócz innych rzeczy, sprawia, że w ustach robi się sucho. W próbach z wykorzystaniem atropiny jako placebo, nie występowała różnica między antydepresantem a aktywnym placebo.

Wszyscy doświadczyli takich czy innych skutków ubocznych, i wszyscy odczuli pewną poprawę. Kirsch zaobserwował wiele innych dziwnych rzeczy w próbach klinicznych dla antydepresantów, m.in. fakt, że nie występowała krzywa odpowiedzi na dawkę leku – tzn. że wysoka dawka nie działała silniej od niskiej dawki – co jest skrajnie mało prawdopodobne dla prawdziwie skutecznych leków. Jak napisał Kirsch, „zebranie wszystkiego do kupy”

prowadzi do wniosku, że stosunkowo mała różnica między lekami a placebo może w ogóle nie wynikać z działania leku. Może to być zwiększony efekt placebo, wynikły z faktu że niektórzy pacjenci zgadli, czy podawano im lek, czy placebo. Jeśli tak jest rzeczywiście, to wówczas nie ma żadnej realnej skuteczności leku antydepresyjnego. Zamiast porównywać placebo z lekiem, porównywaliśmy „zwykłe” placebo z „silnym” placebo.

Ta zaskakująca konkluzja wprost podważa szeroko przyjęty w medycynie pogląd, ale Kirsch dochodzi do niej w sposób ostrożny i logiczny. Psychiatrzy, którzy korzystają z antydepresantów – czyli większość – i pacjenci, którzy je zażywają, mogą twierdzić z doświadczeń klinicznych, że leki te działają. Jednak anegdoty stanowią wątpliwą metodę oceny danego leczenia, ponieważ tak łatwo poddają się subiektywnym wrażeniom; mogą podawać hipotezy do potwierdzenia, ale nie mogą ich dowodzić. Dlatego właśnie opracowanie w środku minionego stulecia paradygmatu podwójnie ślepej, losowej próby klinicznej z wykorzystaniem placebo było tak istotnym postępem w medycynie. Anegdoty o pijawkach, amigdalinie lub megadawkach witaminy C, albo dowolnej innej popularnej metodzie leczenia, nie ostoją się wobec dokładnie zaprojektowanych i przeprowadzonych prób klinicznych. Kirsch jest stanowczym zwolennikiem metod naukowych, jego głos wnosi zatem pożądaną obiektywność do tematu często wykoślawianego przez anegdoty, emocje, albo, jak zobaczymy, interes własny.

Książka Whitakera skupia się na szerszym temacie i jest bardziej polemiczna. Autor przypatruje się wszystkim chorobom psychicznym, nie tylko depresji. Gdzie Kirsch dochodzi do wniosku, że antydepresanty przypuszczalnie nie są skuteczniejsze od placebo, Whitaker stwierdza, że one i większość innych leków psychoaktywnych nie tylko nie działa, ale jest nawet szkodliwa. Rozpoczyna zauważając, że wraz ze wzrostem częstości poddawania chorych psychicznie leczeniu, wzrosło również rozpowszechnienie leczonych zaburzeń:

Ilość niezdolnych do funkcjonowania chorych psychicznie osób dramatycznie się zwiększyła od roku 1955 i w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci, okresie, w którym przepisywanie leków psychiatrycznych stało się ogromnie popularne, ilość dorosłych i dzieci pozbawionych zdolności do funkcjonowania rosła w niebotycznym tempie. W ten sposób docieramy do oczywistego pytania, które na swój sposób jest heretyckie: Czy nasz oparty na lekach paradygmat opieki zdrowotnej sam w jakiś nieznany sposób tę współczesną plagę napędza?

Ponadto, Whitaker utrzymuje, że historia naturalna choroby umysłowej zmieniła się. Podczas gdy zaburzenia takie jak schizofrenia i depresja miały niegdyś charakter epizodyczny i po jakimś czasie same ustępowały, zaś każdy kolejny epizod trwał nie dłużej niż 6 miesięcy i był poprzedzony okresem normalnego funkcjonowania, obecnie zaburzenia te są chroniczne i trwają przez całe życie. Whitaker sądzi, że może to wynikać z tego, że leki, mimo, iż łagodzą objawy na krótką metę, na długą metę wyrządzają szkody, które występują nadal wtedy, gdy choroba ustąpiłaby w sposób naturalny.

Dowody, które przedstawia na rzecz tej teorii różnią się jakością. Nie uwzględnia wystarczająco trudności badania historii naturalnej choroby po 50-letnim okresie zmian, w którym poza stosowaniem leku, modyfikacji uległo wiele okoliczności. Jeszcze trudniej jest porównywać długotrwałe konsekwencje u pacjentów leczonych i nieleczonych, bowiem leczy się tych, u których choroba wystąpiła ostrzej. Niemniej, argumenty Whitakera są przekonujące, jeśli nie rozstrzygające.

Jeśli środki psychoaktywne w istocie są szkodliwe, tak jak twierdzi Whitaker, jaki jest tu mechanizm? Odpowiedź, jego zdaniem, tkwi w ich wpływie na neurotransmitery. Dobrze wiadomo, że leki psychoaktywne zaburzają działanie neurotransmiterów, nawet jeśli nie była to przyczyna samej choroby. Whitaker opisuje zachodzenie reakcji łańcuchowej. Przykładowo, kiedy antydepresant typu SSRI, taki jak Celexa, powoduje wzrost poziomu serotoniny w synapsach, wzmaga jednocześnie kompensacyjną zmianę poprzez sprzężenie zwrotne ujemne. W odpowiedzi na wysoki poziom serotoniny, neurony wydzielające ją (neurony presynaptyczne) wypuszczają jej mniej, a neurony postsynaptyczne uniewrażliwiają się na nią. Innymi słowy, mózg stara się zneutralizować działanie leku. To samo odnosi się do leków, które blokują neurotransmitery, tylko że na odwrót. Przykładowo, większość leków antypsychotycznych hamuje dopaminę, ale neurony presynaptyczne kompensują wydzielając jej więcej, a neurony postsynaptyczne wychwytują ją sprawniej. (To wyjaśnienie jest z konieczności uproszczone, gdyż wiele leków psychoaktywnych wpływa na więcej niż jeden z wielu neurotransmiterów.)

Długoterminowe użycie leków psychoaktywnych powoduje, w słowach Steve’a Hymana, byłego rektora NIMH i do niedawna rektora Harvard University, „znaczące i długotrwałe zmiany w funkcjonowaniu neuronów”. Cytowany przez Whitakera napisał, że mózg zaczyna działać w sposób „jakościowo i ilościowo odmiennie od tego, jak działa w stanie normalnym”. Po kilku tygodniach stosowania leków psychoaktywnych, kompensacyjne działanie mózgu zaczyna zawodzić, i zaczynają pojawiać się skutki, które są pochodną mechanizmu działania leków. Przykładowo, leki typu SSRI mogą powodować pojawienie się epizodów manii z powodu nadmiaru serotoniny. Leki antypsychotyczne powodują skutki uboczne, które przypominają objawy choroby Parkinsona, co wynika z ubytku dopaminy (w przypadku choroby Parkinsona również występuje ubytek dopaminy). Po pojawieniu się skutków ubocznych leczy się je często innymi lekami, i wielu pacjentów kończy przyjmując koktajl psychoaktywnych leków przepisywanych na koktajl różnych chorób. Spowodowane antydepresantami epizody manii mogą prowadzić do postawienia nowej diagnozy, tzn. „zaburzenia afektywno dwubiegunowego” i leczenia „stabilizatorem nastroju”, np. lekiem Depokote (lekiem przeciwkonwulsyjnym), a także jednym z nowszych leków psychoaktywnych. I tak dalej.

Niektórzy pacjenci zażywają sześć leków psychoaktywnych dziennie. Nancy Andreasen, znana i szanowana badaczka, wraz z współpracownikami opublikowała wyniki świadczące o tym, że zażywanie leków antypsychotycznych wiąże się z kurczeniem się mózgu, a skala tego zjawiska jest bezpośrednio związana z dawką i długością leczenia. Jak Andreasen wyjaśniła w piśmie „The New York Times”, „kora przedczołowa nie otrzymuje takich bodźców, których potrzebuje, i zostaje wyłączona przez leki. To osłabia objawy psychotyczne. Powoduje również, że kora przedczołowa powoli ulega atrofii”.

Zdaniem Whitakera, odstawienie leku jest bardzo trudne, gdyż wówczas mechanizm kompensacyjny działałby bez zahamowań. Kiedy odstawia się lek Celexa, poziom serotoniny nagle spada, ponieważ neurony presynaptyczne nie produkują normalnych ilości transmitera, a neurony postsynaptyczne nie mają już dla niego receptorów. Podobnie, kiedy odstawi się lek antypsychotyczny, poziom dopaminy idzie ostro w górę. Objawy wynikłe z odstawienia leków psychoaktywnych często myli się nawrotami pierwotnej choroby, a przez to psychiatrzy są skłonni kontynuować leczenie lekowe, być może przy zwiększonych dawkach.

W odróżnieniu od spokojnego Kirscha, Whitakera oburza to, co uznaje za jatrogeniczną (tzn. nieumyślną i wywołaną przez lekarza) epidemię dysfunkcji mózgu, w szczególności tę spowodowaną powszechnym zażywaniem nowych („nietypowych”) leków antypsychotycznych takich jak Zyprexa, która powoduje poważne skutki uboczne. Oto zaproponowany przezeń „szybki eksperyment myślowy”:

Wyobraź sobie, że w naszym społeczeństwie nagle pojawia się wirus sprawiający, że ludzie śpią po 12, 14 godzin dziennie. Ci, którzy zarazili się nim poruszają się powolnie i wydają się być emocjonalnie rozłączeni. Wielu ogromnie przybiera na wadze – 10, 20, 40, a nawet 100 kilogramów. Często poziom cukru w ich krwi rośnie, podobnie jak i poziom cholesterolu. Duży odsetek osób dotkniętych tajemniczą chorobą – wliczając w to dzieci i nastolatków – rychło zapada na cukrzycę… Rząd federalny przeznacza setki milionów dolarów dla naukowców z najlepszych uniwersytetów w celu odszyfrowania ukrytego działania wirusa. Naukowcy ogłaszają, że powodem globalnej dysfunkcji jest blokowanie mnóstwa neurotransmiterów i receptorów w mózgu – dopaminergicznych, sertonergicznych, muskarynowych, adrenergicznych i histaminergicznych. Wszystkie wymienione ścieżki neuronowe zostają uszkodzone. Tymczasem, badania za pomocą fMRI pokazują, że na przestrzeni kilku lat, wirus obkurcza korę mózgową, co powoduje osłabienie funkcji poznawczych. Przerażone społeczeństwo domaga się lekarstwa.

W istocie podobna choroba zaatakowała miliony amerykańskich dzieci i dorosłych. Opisaliśmy działanie doskonale sprzedającego się leku firmy Eli Lilly – Zyprexy.

Jeśli leki psychoaktywne są do niczego, a tak właśnie jest zdaniem Kirscha z antydepresantami, albo jest z nimi jeszcze gorzej (co głosi Whitaker), dlaczego tak często psychiatrzy przepisują je i dlaczego społeczeństwo i lekarze uznają je za coś bliskiego cudownemu lekowi? Dlaczego nurt, przeciw któremu występują Kirsch i Whitaker, jest tak potężny? Omawiam te kwestie w części drugiej niniejszej recenzji…
Marcia Angell
New England Journal of Medicine
23 czerwca 2011


Surprised
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
krzysztof



Dołączył: 02 Lip 2007
Posty: 535
Skąd: zielona góra

PostWysłany: 2016 02 13 12:43    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Surprised

Druga cześć recenzji :
Farmakologiczne iluzje psychiatrii, wybór- profesor Jerzy Mellibruda ,tłumaczenie - Maksymilian Sielicki
http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1750-farmakologiczne-iluzje-psychiatrii.html
Cytat:
W moim artykule z zeszłego tygodnia skupiłam się głównie na niedawnych książkach psychologa Irvinga Kirscha oraz dziennikarza Roberta Whitakera, i na tym, co starają się nam oni powiedzieć na temat epidemii chorób umysłowych i środkach mających je leczyć.

Tutaj będę zastanawiała się nad tworem Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, tzn. Diagnostycznym i Statystycznym Podręcznikiem Zaburzeń Umysłowych (DSM) – często nazywanym biblią psychiatrii (wkrótce ukaże się piąte wydanie) – i nad jego niezwykłym wpływem na amerykańskie społeczeństwo. Omawiam także niedawno wydaną książkę pt. Unhinged autorstwa Daniela Carlata, psychiatry, w której przedstawia on swój pozbawiony złudzeń pogląd na wykonywany przez siebie zawód. Omawiam również powszechne wykorzystywanie leków psychoaktywnych u dzieci, a także złowrogi wpływ przemysłu farmaceutycznego na praktykowanie psychiatrii.

Jeden z ojców współczesnej psychiatrii, Leon Eisenberg, profesor John Hopkins University, a następnie w Harvard Medical School, a zarazem jeden z pierwszych naukowców, którzy badali wpływ stymulantów na zespół zaburzeń uwagi u dzieci, napisał, że amerykańska psychiatria pod koniec XX wieku przeszła ze stanu „bezmózgowości” do stanu „bezmyślności”. Miał na myśli to, że przed wprowadzeniem leków psychoaktywnych (leków, które wpływają na stan umysłowy), psychiatrzy mało interesowali się neurotransmiterami, albo innymi aspektami mózgu fizycznego. Zamiast tego, przyjmowali freudowskie przekonanie, że choroba psychiczna ma swoje źródło w nieświadomych konfliktach, zwykle biorących się z dzieciństwa, które wpływają na umysł, tak jakby sądzili, że umysł jest oddzielony od mózgu.

Jednak wraz z wprowadzeniem leków psychoaktywnych w latach 50., i ich gwałtownym rozpowszechnieniem w latach 80., uwaga skupiła się na mózgu. Psychiatrzy zaczęli nazywać się psychofarmakologami i przejawiać coraz mniejsze zainteresowanie badaniem historii życiowych swoich pacjentów. Ich głównym zmartwieniem stało się wyeliminowanie lub zredukowanie objawów, poprzez podawanie cierpiącym leków, które były w stanie zmienić funkcjonowanie mózgu. Eisenberg, będąc początkowo orędownikiem tego biologicznego modelu choroby umysłowej, później zaczął głośno krytykować jego zdaniem nazbyt swobodne wykorzystywanie leków psychoaktywnych, inspirowane głównie machinacjami przemysłu farmaceutycznego.

Gdy leki psychoaktywne zostały wprowadzone, w psychiatrii nastąpił krótki okres optymizmu, jednak już w latach 70. optymizm ustąpił na rzecz poczucia zagrożenia. Poważne skutki uboczne leków stały się oczywiste i rozwinął się ruch antypsychiatryczny, czego wyrazem były książki Thomasa Szasza i film „Lot nad kukułczym gniazdem”. Psychologowie i pracownicy społeczni coraz ostrzej konkurowali o pacjentów. Ponadto, psychiatrię prześladowały wewnętrzne podziały: niektórzy przyjęli nowy model biologiczny, inny trzymali się modelu freudowskiego, a garstka postrzegała chorobę psychiczną jako zasadniczo zdrową odpowiedź na niezdrowy świat. Co więcej, wśród szerszego ogółu praktyków medycyny, psychiatrzy byli widziani jako ubodzy krewni; nawet jeśli mieli do dyspozycji nowe środki farmakologiczne, byli uznawani za mniej naukowych od innych specjalistów, mniej też zarabiali.

W późnych latach 70., psychiatria kontratakowała – i to mocno. Jak opowiada Robert Whitaker w „Anatomy of an Epidemic”, Melvin Sabshin, doktor medycyny Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, zadeklarował w 1977 roku, że „silne dążenie do remedykalizowania psychiatrii powinno być mocno popierane” i z rozmachem przeprowadził medialną i społeczną kampanię w tym właśnie celu. Psychiatria miała potężną broń, której nie mieli jej konkurenci. Ponieważ psychiatrzy muszą zdobyć tytuł MD [Medicinae Doctor, czyli doktor medycyny], posiadają prawną możliwość pisania recept. W pełni przyjmując biologiczny model chorób psychicznych i uznając leki za główny środek walki z nimi, psychiatria zdegradowała innych dostarczycieli opieki w zakresie chorób psychicznych do statusu podrzędnego, i określiła siebie jako dziedzinę naukową, taką samą jak inne gałęzie medycyny. Co najważniejsze, kładąc nacisk na leczenie lekowe, psychiatria stała się ulubienicą przemysłu farmaceutycznego, który wkrótce dał wymiernie poznać swoją wdzięczność.

Wysiłki mające na celu podniesienie statusu psychiatrii zostały podjęte celowo. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) pracowało wówczas nad trzecim wydaniem DSM, zawierającym kryteria diagnostyczne dla wszystkich zaburzeń psychicznych. Na przewodniczącego grupy naukowej sprawującej nadzór nad projektem został mianowany Robert Spitzer, bardzo szanowany profesor psychiatrii na Columbia University. Pierwsze dwa wydania, opublikowane w 1952 i 1968, stanowiły odbicie freudowskich koncepcji choroby psychicznej i były mało znane poza branżą. Spitzer postanowił uczynić DSM-III czymś całkiem innym. Obiecał, że będzie ono „obroną modelu medycznego zastosowanego do problemów psychiatrii”. Prezes APA Jack Weinberg powiedział w 1977 roku, że „wyjaśni ono wszystkim wątpiącym, że uznajemy psychiatrię za gałąź medycyny”.

Kiedy DSM-III zostało opublikowane w 1980, zawierało 256 diagnoz (wzrost z 182 w poprzednim wydaniu), i weszło niemal do powszechnego użycia, nie tylko przez psychiatrów, ale również przez towarzystwa ubezpieczeniowe, szpitale, sądy, więzienia, szkoły, ośrodki badawcze, agendy rządowe i całą resztę instytucji medycznych. Jego głównym celem było wprowadzenie jednolitości (zwykle nazywanej „rzetelnością”) w stawianiu diagnoz psychiatrycznych, dzięki której różni psychiatrzy, którzy widzieli tego samego pacjenta, mogli stawiać te same diagnozy.

W tym celu każda z diagnoz została określona jako lista objawów z progami liczbowymi. Przykładowo, przejawianie co najmniej 5 z 9 wymienionych objawów było podstawą do otrzymania pełnej diagnozy epizodu depresji klinicznej z szerokiej kategorii „zaburzeń nastroju”. Był jeszcze jeden cel – uzasadnienie użycia leków psychoaktywnych. Prezes APA Carol Bernstein zasadniczo przyznała to w zeszłym roku. Napisała: „W latach 70. konieczne stało się ułatwienie uzgadniania diagnoz wśród klinicystów, naukowców i ośrodków nadzorczych z powodu potrzeby dopasowania pacjentów do nowo powstających typów leczenia farmakologicznego”.

DSM-III niemal z pewnością był bardziej „rzetelny” od poprzednich wydań, ale rzetelność to nie to samo, co trafność. Rzetelność oznacza konsekwentność; trafność oznacza słuszność lub prawidłowość. Jeśli niemal wszyscy lekarze zgadzają się, że piegi są oznaką raka, diagnoza byłaby „rzetelna”, ale nie byłaby prawidłowa. Problem z DSM jest taki, że niemal we wszystkich swoich wydaniach, stanowił on odbicie poglądów autorów, a w przypadku DSM-III głównie samego Spitzera, który został słusznie nazwany jednym z najbardziej wpływowych psychiatrów XX wieku. Jak sam powiedział, do współpracy w 15-osobowej grupie zadaniowej „wybierał tych, z którymi mu się dobrze pracowało”. Stawiano zarzuty, że zwołał zbyt mało posiedzeń i ogólnie prowadził prace w sposób nazbyt losowy i arbitralny. Spizter powiedział w wywiadzie z 1989 roku: „Mogłem przeforsować swój punkt widzenia przez słodką mowę [pochlebstwa]”. George Vaillant, profesor psychiatrii na Harvard Medical School napisał w artykule z 1984 roku, że DSM-III stanowi „śmiałą serię wyborów opierających się na zgadywaniu, upodobaniu, uprzedzeniu i nadziei”, co wydaje się uczciwym opisem.

DSM stała się nie tylko biblią psychiatrii, ale podobnie jak prawdziwa Biblia, zależała w dużym stopniu od czegoś na wzór objawienia. Nie cytuje się w nim badań naukowych dla poparcia diagnoz. Jest to zdumiewające zaniedbanie, ponieważ we wszystkich publikacjach medycznych, niezależnie, czy w artykułach naukowych, czy w podręcznikach dla studentów, stwierdzenie faktu powinno być poparte cytowaniem opublikowanych badań naukowych. (Istnieją cztery oddzielne „książki źródłowe” dla obecnego wydania DSM, przedstawiających uzasadnienie dla pewnych decyzji i uźródłowionych, ale to nie to samo co konkretne źródła). Zebranie grupy ekspertów w celu wymiany opinii może być bardzo pożyteczne, ale jeśli owych opinii nie podpierają dowody, to nie są one uzasadnieniem dla niebywałego poważania okazywanego DSM. DSM-III zostało wyparte przez DSM-III-R w roku 1987, potem ukazało się DSM-IV w 1994, a obecna wersja, DSM-IV-TR (tekst poprawiony) zawierająca 365 diagnoz – w 2000. „W każdym kolejnym wydaniu” – pisze Daniel Carlat w swojej absorbującej książce – „ilość kategorii diagnostycznych mnożyła się, a sama książka była coraz grubsza i droższa. Każde wydanie było bestsellerem. DSM jest obecnie jednym z głównych źródeł przychodu dla APA”. DSM-IV sprzedało się w ilości ponad miliona egzemplarzy.

Gdy psychiatria stawała się dziedziną opierającą się na lekach, przemysł farmaceutyczny szybko dostrzegł potencjalną korzyść nawiązania sojuszu z profesją psychiatrów. Przedsiębiorstwa lekowe zaczęły hojnie obdarowywać psychiatrów, zarówno indywidualnie, jak i kolektywnie, bezpośrednio, jak i pośrednio. Obsypali ich prezentami i darmowymi próbkami leków, zatrudniali ich jako konsultantów i mówców, fundowali im obiady, płacili za ich udział w konferencjach, dostarczali im materiałów „edukacyjnych”. Kiedy Minnesota i Vermont wprowadziły „sunshine laws” [prawo nakładające w jakimś obszarze jawność i swobodę informacji – przyp. tłum.], które wymagały od przedsiębiorstw lekowych, by zgłaszały każde wynagrodzenie dla lekarza, zobaczono, że psychiatrzy otrzymują więcej pieniędzy, niż lekarze jakiejkolwiek innej specjalności. Przemysł farmaceutyczny subsydiuje również spotkania APA i inne konferencje psychiatryczne. Około 1/5 budżetu APA pochodzi z firm lekowych.

Firmy lekowe są szczególnie zainteresowane pozyskaniem psychiatrów pracujących na uniwersytetach w prestiżowych akademickich ośrodkach medycznych. Nazywani przez przemysł „kluczowymi liderami opinii” (KLO), są to ludzie, którzy poprzez swoje publikacje i wykłady wpływają na to, jak choroby psychiczne będą diagnozowane i leczone. Publikują również wiele badań klinicznych nad lekami, i co najważniejsze, w dużej mierze określają merytoryczną zawartość DSM. W pewnym sensie są to dla przemysłu najlepsi sprzedawcy, są warci każdego wydanego na nich centa. Spośród 170 redaktorów obecnego wydania DSM (DSM-IV-TR), niemal wszyscy mogą być określeni jako KLO, 95 z nich posiadało powiązania finansowe z firmami farmaceutycznymi, wliczając w to wszystkich redaktorów pracujących nad zaburzeniami nastroju i schizofrenią.

Przemysł lekowy oczywiście wspiera również innych specjalistów i inne stowarzyszenia zawodowe, ale Carlat pyta: „Dlaczego psychiatrzy niezmiennie znajdują się na czele listy specjalistów przyjmujących pieniądze od przedsiębiorstw farmaceutycznych?” Jego odpowiedź: „Stawiane przez nas diagnozy są subiektywne i elastyczne. Posiadamy bardzo niewiele racjonalnych przesłanek, aby wybrać to a nie inne leczenie”. W odróżnieniu od zaburzeń leczonych w większości innych gałęzi medycyny, nie ma obiektywnych kryteriów lub testów dla choroby psychicznej – nie ma danych laboratoryjnych albo skanów fMRI – a granice między normalnością a nienormalnością są często niejasne. To sprawia, że rozszerzeniu ulegają granice diagnostyczne, możliwe staje się też tworzenie nowych diagnoz, co byłyby niemożliwe w, dajmy na to, kardiologii. A koncerny farmaceutyczne mają swój interes w nakłanianiu psychiatrów, aby robili właśnie to.

Poza pieniędzmi wydanymi na psychiatrów bezpośrednio, koncerny bardzo mocno wspierają wiele powiązanych grup zajmujących się obroną praw pacjenta oraz organizacje edukacyjne. Whitaker napisał, że w samym pierwszym kwartale roku 2009:

Eli Lilly podarowało 551 tysięcy dolarów instytucji NAMI [National Alliance on Mental Illness] i jej lokalnym odgałęzieniom, 465 tysięcy dolarów na National Mental Health Association, 130 tysięcy na CHADD [towarzystwo zajmujące się obroną praw pacjentów chorujących na ADHD], oraz 69,250 dolarów na American Foundation for Suicide Prevention.

To tylko jedno przedsiębiorstwo w okresie 3 miesięcy; można sobie wyobrażać, jaka byłaby cała suma roczna wydana przez koncerny sprzedające leki psychoaktywne. Grupy te istnieją pozornie po to, by podnosić świadomość w zakresie zaburzeń psychiatrycznych, ale skutkiem ich działania jest również promocja zażywania leków psychoaktywnych i nakłanianie ubezpieczycieli do płacenia za nie. Whitaker podsumowuje wzrost wpływów przemysłu po publikacji DSM-III następująco:

Krótko rzecz ujmując, w czasie lat 80. zebrał się potężny kwartet głosów, aby poinformować opinię publiczną, że zaburzenia umysłowe są chorobami mózgu. Przedsiębiorstwa farmaceutyczne zapewniły zaplecze finansowe. APA i psychiatrzy z czołowych szkół medycznych nadali przedsięwzięciu swe intelektualne pełnomocnictwo. NIMH [National Institute of Mental Health] nałożyło rządową pieczątkę, NAMI zapewniło autorytet moralny.


Podobnie jak większość innych psychiatrów, Carlat leczy swoich pacjentów tylko lekami, nie terapią mówioną i szczerze mówi o osiąganych z takiego działania korzyściach. Jeśli widzi trzech pacjentów na godzinę, kalkuluje, że za psychofarmakologię zarabia około 180 dolarów za godzinę od ubezpieczycieli. Z drugiej strony, jeśliby przyjmował jedynie jednego pacjenta na godzinę na terapię mówioną, ubezpieczyciel zapłaciłby mu mniej niż 100 dolarów. Carlat nie sądzi, by psychofarmakologia była szczególnie skomplikowana, a już na pewno nie dokładna, chociaż opinii publicznej mówi się, że tak jest:

Pacjenci często postrzegają psychiatrów jako czarodziei neurotransmiterów, którzy potrafią dobrać odpowiednie lekarstwo do nierównowagi chemicznej, z którą ma akurat do czynienia. To wyolbrzymienie naszych umiejętności służy koncernom lekowym, psychiatrom, a także nadziejom na uleczenie naszych pacjentów.


Jego praca polega na zadawaniu pacjentom serii pytań na temat ich objawów w celu sprawdzenia, czy odpowiadają one jakiemuś zaburzeniu z DSM. To ćwiczenie dopasowywania daje jego zdaniem „iluzję, że rozumiemy naszych pacjentów, kiedy wszystko co robimy, to przypinanie im etykietek”. Często pacjenci spełniają kryteria dla więcej niż jednej diagnozy, ponieważ kombinacja pewnych objawów może odnosić się do wielu chorób. Przykładowo, trudność w skupieniu się jest kryterium dla więcej niż jednego zaburzenia. Jeden z pacjentów Carlata otrzymał łącznie siedem różnych diagnoz. „Objawy leczymy jednymi lekami, a na dodatek skutki uboczne kolejnymi lekami”. Typowy pacjent jego zdaniem bierze Celexę na depresję, Ativan na lęk, Ambien na bezsenność, Provigil na zmęczenie (skutek uboczny Celexy) oraz Viagrę na impotencję (kolejny skutek Celexy).

Co do samych lekarstw, Carlat pisze, że „istnieje jedynie mała ilość szerokich kategorii leków psychotropowych”, w których leki nie bardzo różnią się od siebie. Nie wierzy, że istnieją podstawy, aby jeden wybrać, a inny odrzucić. „W znacznym stopniu nasz wybór lekarstw jest subiektywny, a nawet losowy. Twój psychiatra jest dzisiaj rano w nastroju na Lexapro, ponieważ właśnie złożyła mu wizytę atrakcyjna przedstawicielka firmy produkującej ten lek”. Podsumowuje:

Taka jest współczesna psychofarmakologia. Patrząc wyłącznie na objawy, próbujemy różnych leków, bez żadnej rzeczywistej koncepcji tego, co chcemy naprawić, albo jakie działanie ma dany lek. Jestem nieustannie zdumiony, że w przypadku wielu pacjentów jesteśmy skuteczni.


Choć Carlat sądzi, że leki psychoaktywne są czasami skuteczne, przedstawione przezeń dowody są jedynie anegdotyczne. Sprzeciwia się nadmiernemu wykorzystywaniu ich. Sprzeciwia się „szałowi diagnoz psychiatrycznych”. Pisze: „jeśli spytasz dowolnego prowadzącego praktykę psychiatrę, wliczając w to mnie, czy antydepresanty są skuteczne dla pacjentów, usłyszysz jednoznaczne ‘tak’. Cały czas widzimy, że pacjentom się poprawia”. Ale następnie przechodzi do spekulowania, podobnie jak Irving Kirsch w „The Emperor’s New Drugs”, że tak naprawdę odpowiedź może wynikać z efektu placebo. Jeśli leki psychoaktywne wcale nie są tym, za co się je uznaje – a są dowody na to, że nie są – co z samymi diagnozami? Mnożą się wraz z każdym nowym wydaniem DSM, co powinniśmy z tym zrobić?

W 1999 roku APA zaczęło prace nad piątym wydaniem DSM, które ma zostać opublikowane w 2013. Zajmuje się tym 27-osobowa grupa zadaniowa, kierowana przez Davida Kupfera, profesora psychiatrii z Uniwersytetu w Pittsburghu, wspomaganego przez Darrela Regiera z należącego do APA American Psychiatric Institute for Research and Education. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych wydań, grupie zadaniowej doradza wiele różnych podgrup, obecnie liczących łącznie 140 członków, z których każda w obrębie głównych kategorii diagnostycznych zajmuje się swoją specjalnością. Trwające dyskusje i przedłożone propozycje były obszernie przedstawione na stronie APA (WWW.DSM5.org) oraz w mediach, i wydaje się, że już bardzo duża konstelacja zaburzeń psychicznych powiększy się jeszcze bardziej.

W szczególności ograniczenia diagnostyczne zostaną rozszerzone w celu włączenia zwiastunów chorób, takich jak „syndrom ryzyka psychozy” albo „łagodne upośledzenie poznawcze” (potencjalnie wczesny Alzheimer). Termin „spektrum” został użyty w celu poszerzenia kategorii, np. „spektrum zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego”, „spektrum schizofrenii”, „spektrum autyzmu”. Przedłożono propozycje całkiem nowych jednostek, takich jak „zaburzenie hiperseksualne”, „syndrom niespokojnych nóg”, „zaburzenie objadania się”.

Nawet Allen Frances, przewodniczący grupy zadaniowej przy DSM-IV, odnosi się bardzo krytycznie wobec ekspansji diagnoz w DSM-V. 26 czerwca 2009 roku napisał w piśmie „Psychiatric Times”, że DSM-V będzie „bonanzą dla przemysłu farmaceutycznego kosztem nowych, fałszywych pacjentów złapanych w nadmiernie rozległej sieci DSM-V”. Chcąc jakby podkreślić ten osąd, Kupfer i Regier napisali niedawno w piśmie „Journal of the American Medical Association”, w artykule zatytułowanym „Dlaczego DSM-V powinien być istotny dla całej medycyny”, że „w okolicznościach opieki pierwszego kontaktu, od około 30 do 50% pacjentów ma wyraźne objawy zaburzeń psychicznych albo dającą się rozpoznać chorobę psychiczną, która, jeśli nieleczona, ma znaczące negatywne konsekwencje”. Wygląda na to, że coraz trudniej będzie być normalnym.

Na koniec artykułu Kupfera i Regiera znajduje się napisane małym druczkiem „oświadczenie finansowe”, w którym stoi m.in. to:

Dr Kupfer oświadcza, że przed objęciem stanowiska przewodniczącego grupy zadaniowej przy DSM-5, pracował w radach doradczych dla Eli Lilly & Co., Forest Pharmaceuticals Inc, Solvay/Wyeth Pharmaceuticals, oraz dla Johnson & Johnson. Prowadził konsultacje dla firm Servier i Lundbeck.


Regier nadzoruje wszystkie fundowane przez koncerny badania prowadzone przez APA. DSM-V (czy też DSM-5) jest pierwszym wydaniem, które określa zasady ograniczenia finansowych konfliktów interesu u członków grupy zadaniowej i innych grup. Według tych zasad, gdy do grup dołącza się nowe osoby, co miało miejsce w latach 2006-2008, nie mogą dostawać łącznie więcej niż 10 tysięcy dolarów rocznie od przedsiębiorstw farmaceutycznych, albo posiadać więcej niż 50 tysięcy dolarów w akcjach tychże przedsiębiorstw. Strona pokazuje powiązania swoich członków z firmami, sięgające na 3 lata wstecz przed dołączeniem i to właśnie ujawnił Kupfer w artykule i to właśnie pokazuje strona APA, których 56% członków podgrup roboczych posiada znaczący interes finansowy w przemyśle.

Przemysł farmaceutyczny nakłania psychiatrów do przepisywania leków psychoaktywnych nawet dla kategorii pacjentów, dla których, jak pokazały badania, leki nie są bezpieczne i skuteczne. Najwyższym powodem troski Amerykanów powinien być zdumiewający wzrost w częstości stawiania diagnoz i leczenia chorób psychicznych u dzieci, czasem mających jedynie 2 lata. Dzieci te często poddaje się leczeniu lekami, które nigdy nie zostały dopuszczone przez FDA dla użytku w tej grupie wiekowej i które mają poważne skutki uboczne. Rozpowszechnienie „młodzieńczego zaburzenia afektywno-dwubiegunowego” wzrosło 40-krotnie w latach 1993-2004, a „autyzmu” – z jednego na każdych 500 dzieci do jednego na każdych 90 w tej samej dekadzie. 10-letni chłopcy obecnie codziennie biorą stymulanty na ADHD – zespół nadpobudliwości psychoruchowej – a 500 tysięcy dzieci zażywa leki antypsychotyczne.

Wydaje się, że w diagnozach psychiatrycznych występują mody, nowe zaburzenie wypiera poprzednie. Na początku najszybciej rosnącą diagnozą było ADHD, objawiające się hiperaktywnością, nieuwagą oraz impulsywnością, zazwyczaj w u dzieci w wieku szkolnym. Jednak w środku lat 90., dwóch bardzo wpływowych psychiatrów z Massachusetts General Hospital wygłosiło pogląd, że wiele dzieci z ADHD tak naprawdę miało zaburzenie dwubiegunowe, które może czasem zostać zdiagnozowane już w niemowlęctwie. Ich zdaniem epizody manii, charakterystyczne dla zaburzenia dwubiegunowego u dorosłych, mogą objawiać się u dzieci jako drażliwość. To spowodowało powódź diagnoz młodzieńczego zaburzenia dwubiegunowego. Wywołało to sprzeciw, i obecnie DSM-V proponuje, aby częściowo wymienić tę diagnozę na całkiem nową, nazywaną „dysforyczne zaburzenie dysregulacji temperamentu” (TDD), którą Allen Frances nazywa „nowym potworem”.

Ze świecą można byłoby szukać 2-latka, który nie jest czasem rozdrażniony, 10-latka, który by czasem nie odpływał myślami w szkole, albo uczennicę gimnazjum, która by się czymś nie przejmowała.
(Wyobraźcie sobie, co lek wywołujący otyłość uczyniłby takiej dziewczynce.) Czy takie dzieci zostaną oznaczone etykietką zaburzenia psychicznego i poddane leczeniu lekami na receptę, zależy w dużej mierze od tego kim są, a także od presji wywieranej na ich rodzicach. Wiele rodzin uboższych doświadcza coraz gorszej sytuacji ekonomicznej, i wiele z nich stwierdza, że aplikowanie do Supplemental Security Income (SSI) o zapomogę na podstawie tego, że jeden z członków rodziny zapadł na chorobę psychiczną jest jedyną drogą przetrwania. Zapomoga jest większa od zasiłku i zasadniczo daje pewność, że rodzina zostanie również zakwalifikowana do Medicaid. Według profesora ekonomii z MIT, Davida Autora: „Jest to nowy systemem opieki społecznej”. Szpitale i agendy opieki społecznej zachęcają również nieubezpieczone rodziny do aplikowania do SSI po wypłaty, ponieważ szpitale dostaną za to pieniądze, a rządy stanowe będą oszczędzać przerzucając koszty opieki społecznej na rząd federalny.

Rośnie liczba działających dla zysku firm specjalizujących się w pomaganiu ubogim rodzinom w aplikowaniu po zasiłki z SSI. Jednak, aby się zakwalifikować, niemal zawsze aplikant (w tym dziecko) musi przyjmować leki psychoaktywne. Według „New York Times”, Rutgers University pokazało, że dzieci z ubogich rodzin z 4-krotnie większym prawdopodobieństwem przyjmują leki antypsychotyczne niż dzieci ubezpieczone prywatnie.

W grudniu 2006 roku, 4-letnia dziewczynka o imieniu Rebecca Riley zmarła w małym mieście niedaleko Bostonu w wyniku zażywania Clonidine i Depakote, które przepisano jej, wraz z Seroquelem, w celu leczenia „ADHD” oraz „zaburzenia dwubiegunowego” – diagnoz, które dostała w wieku 2 lat. Clonidine zostało dopuszczone przez FDA do leczenia wysokiego ciśnienia. Depakote zostało dopuszczone do leczenia epilepsji i ostrej manii w zaburzeniu dwubiegunowym. Seroquel został dopuszczony do leczenia schizofrenii i ostrej manii. Żaden z tych trzech leków nie został dopuszczony do leczenia ADHD, albo do długotrwałego leczenia zaburzenia dwubiegunowego i żaden z nich nie został dopuszczony dla dzieci w wieku Rebeki. Dwoje starszych rodzeństwa Rebeki otrzymało te same diagnozy u każde z nich przyjmowało 3 rodzaje leków psychoaktywnych. Rodzice dostali zasiłki z SSI dla dzieci i dla siebie i złożyli podanie o zasiłek dla Rebeki niedługo przed jej śmiercią. Całkowity dochód rodziny z SSI wynosił około 30 tysięcy dolarów rocznie.

Najważniejszym pytaniem jest to, czy leki te powinny w ogóle być przepisywane dla Rebeki. FDA dopuszcza leki jedynie dla specyficznego użytku, prawo zabrania przedsiębiorstwom reklamowania ich dla jakiegokolwiek innego użytku, tzn. dla pozarejestracyjnego stosowania. Niemniej lekarzom wolno przepisywać leki dla dowolnego wybranego przez siebie celu i jednym z najbardziej dochodowych działań jest nakłanianie lekarzy, by przepisywali leki pozarejestracyjnie, pomimo prawa zabraniającego tego. W ostatnich 4 latach, pięć firm przyznało się do zarzutów o nielegalne reklamowanie leków psychoaktywnych. AstraZeneca reklamowała Seroquel dla pozarejestracyjnego stosowania dla dzieci i osób starszych (kolejna wrażliwa grupa społeczna, której członkom często podaje się leki antypsychotyczne w domach opieki); Pfizer otrzymał takie same zarzuty za Geodon (lek antypsychotyczny); Eli Lilly za Zyprexę (lek antypsychotyczny); Bristol-Myers Squibb za Abilify (kolejny antypsychotyk); Forest Labs za Celexę (antydepresant).

Pomimo tego, że koncerny te musiały zapłacić setki milionów dolarów kar, i tak wyszły na swoje. Oryginalnym powodem przyzwolenia na przepisywanie leków dla pozarejestracyjnego stosowania było umożliwienie lekarzom leczenia pacjentów na podstawie najnowszych badań naukowych, dzięki czemu nie musieliby czekać na zatwierdzenie przez FDA. Jednak to rozsądne zarządzenie otworzyło pole dla działań marketingowych. Z racji subiektywności natury diagnoz psychiatrycznych, z racji łatwości rozszerzania granic diagnoz, z racji ostrości skutków ubocznych leków psychoaktywnych, oraz potężnego wpływu ich producentów, sądzę, że lekarzom powinno się zakazać przepisywania leków dla pozarejestracyjnego stosowania, podobnie jak koncernom nie wolno ich reklamować dla pozarejestracyjnego stosowania.

Książki Irvinga Kirscha, Roberta Whitakera i Daniela Carlata są ogromnym oskarżeniem wobec dzisiejszego sposobu uprawiania psychiatrii. Dokumentują „szał” diagnostyczny, nadużywanie leków z czasem niszczycielskimi skutkami ubocznymi, pokazują rozległy konflikt interesów. Krytycy książki mogą argumentować, tak jak Nancy Andreasen sugerowała w swoim artykule na temat utraty tkanki mózgowej w przypadku długoterminowego leczenia lekami antypsychotycznymi, że skutki uboczne są ceną, którą trzeba zapłacić za ulgę w cierpieniu spowodowanym chorobą psychiczną. Jeśli wiedzielibyśmy, że korzyści z leków psychoaktywnych przeważają nad szkodami, byłby to silny argument, ponieważ nie ma wątpliwości, że wielu ludzi bardzo cierpi w wyniku choroby psychicznej. Ale Kirsch, Whitaker i Carlat przekonująco wskazują, że to oczekiwanie może być błędne.

Powinniśmy przynajmniej przestać myśleć, że leki psychoaktywne są najlepszym, a często jedynym sposobem leczenia chorób psychicznych albo dystresu emocjonalnego. Udowodniono, że zarówno psychoterapia, jak i ćwiczenia są równie skuteczne w przypadku depresji, jak i leki, ich efekty trwają dłużej, ale niestety, nie istnieje przemysł, który rozpowszechniłby te alternatywy. Amerykanie uwierzyli, że pigułki muszą być potężniejsze. Potrzeba więcej badań w celu znajdywania alternatyw dla leków psychoaktywnych, a rezultaty powinny być przedstawiane w akademiach medycznych.

W szczególności powinniśmy przemyśleć opiekę nad dziećmi kłopotliwymi. Problemem są tutaj często trudne rodziny w trudnych okolicznościach. Leczenie skierowane na te warunki środowiskowe – np. uczenie w formule jeden nauczyciel-jeden uczeń w celu pomocy rodzicom albo pozaszkolne ośrodki dla dzieci – powinno być badane i porównywane z leczeniem lekowym. Na dłuższą metę, takie alternatywy byłyby prawdopodobnie tańsze. Opieranie się na lekach psychoaktywnych, rzekomo będących w stanie naprawić wszystkie nasze życiowe bolączki, utrudnia nam dostrzeżenie innych opcji. Mając na uwadze ryzyko i wątpliwą długoterminową skuteczność leków, musimy starać się o coś lepszego. Przede wszystkim, powinniśmy pamiętać o dawnej maksymie lekarzy: Primum non nocere („Po pierwsze nie szkodzić”).
Marcia Angell
14 lipca 2011


POZDRAWIAM
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna -> Leczenie, Oczyszczanie Ciała i Umysłu, Zdrowie, Medycyna. Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group